Tagi

, , , , ,

DSC01853Ela:
Do tego biegu podchodziłam z obawą. Po maratonie warszawskim nabawiłam się przeciążenia mięśni i więzadeł stopy. W związku z tym przez następne dwa tygodnie starałam się tylko jeździć na rowerze,  żeby nie zaniedbać kondycji i wytrzymałości.
Niezwykle ważna też była dieta, którą specjalnie nam ułożył Rafał Szewczyk – dietetyk, biegacz. Musiała być dobrze zbilansowana, gdyż ultra biegłam dwa tygodnie po maratonie. Organizm nie miał zbyt dużo czasu na odnowę i regenerację. Rafał polecił nam odpowiednio się nawadniać: domowej roboty izotonikiem, co w pozytywny sposób później przełożyło się na nasze samopoczucie na trasie. Za to należą się temu naszemu Dietetykowi wielkie brawa. Dziękujemy Rafał 🙂IMG_20151010_153952
Jarek:
Moja forma po Rzeźniku dosyć znacznie się obniżyła, dlatego nie decydowałem się na udział w maratonie w Warszawie. Ograniczałem się do treningów i pracowania nad wydolnością. Cieszyłem się na wyjazd w Bieszczady. To miała być moja kolejna przygoda z biegiem ultra.
Ela:
Przed startem denerwowałam się. Przecież po raz pierwszy w takich zawodach będę biec sama! Na Biegu Rzeźnika to Jarek przypominał mi o jedzeniu i piciu na trasie, trzymał tempo, podbudowywał mnie i podtrzymywał na duchu. Teraz będę zdana sama na siebie. Długodystansowe biegi uliczne mają to do siebie, że na trasie nieznani sobie ludzie spotykają się, po czym zmierzają wspólnie do mety. Tak było na moich dwóch półmaratonach Wtórpol oraz na maratonie warszawskim, gdzie z bardzo miłą grupą biegłam ok. 30 kilometrów. IMG_20151010_172233
W biegach górskich sprawa ma się inaczej. I nie chodzi tu o to, że w górach biegają samoluby. Co to, to nie. Dwa razy zaliczyłam upadek i za każdym razem ktoś zatrzymywał się i pytał czy na pewno wszystko ok. Jednak w górskich biegach nie ma czasu na pogawędki, trzeba patrzeć pod nogi, gdyż podłoże jest różne i czasem mało stabilne ;-).
Bardzo często biegnie się „gęsiego”, np. na połoninach, albo wśród kęp traw, gdzie bardzo uważnie trzeba stawiać stopy, gdyż łatwo o skręcenie stawu skokowego.
No i przede wszystkim moja kontuzja. Pamiętam, jak bardzo zaszkodziła mi na Biegu  Rzeźnika. Na wszelki wypadek zabezpieczam się tabletką przeciwbólową.
Jarek:
Postanowiłem założyć koszulkę na krótki rękaw, rękawki i obcisłe spodenki oraz skarpety kompresyjne. Ludzie poubierali się duże cieplej niż ja. Nawet rękawiczki zostawiłem na starcie, bo nie chciało mi się tracić czasu, gdybym musiał je później zdejmować. Liczyłem na to, że będzie mi ciepło, bo rozgrzeję się biegiem. Nawet prognozy, że ma padać i ostro wiać, nic a nic mnie nie przerażały.IMG_20151011_065030

Ela:
Pobudka 3:30, a o 4 trzeba zjeść śniadanie zalecone przez Rafała (ryż, banan, syrop klonowy), bo o 7 start. Wszystko idzie zgodnie z planem :-). Przed startem chwila na selfie ze znajomymi, buziak na szczęście od Jarka i … padł wystrzał z … armaty (mała była, ale za to mega głośna :-). Pierwsze kilkanaście kilometrów było po asfalcie, łatwe i szybkie. Pilnuję tętna, nie chcę biec zbyt szybko, żeby mieć siły na podejściach :-). Fantastyczna atmosfera, mimo, że pora wczesna, to przyszło sporo kibiców, mnóstwo fotografów i kilku kamerzystów. Kilometry szybko lecą.

Jarek:
DSC01827Od razu biegnę szybko. Nieważne, czy wyczerpię siły zbyt wcześnie. Wiem, że najpierw jest asfalt przez ok. 13 km, a potem będzie podejście długie i mozolne. Decyduję, że tam odpocznę. Co się będę oszczędzał – myślę i teraz z perspektywy czasu zupełnie tego nie żałuję. Najpierw zostawiam Elę z tyłu. Po drodze dołączam do znajomych z Olsztyna. Witam się z nimi. Po jakimś czasie mija mnie Ela, potem znów ja ją. Biegnie mi się dobrze, nawet w tempie 4:30. Jest fajnie. Do 3 km było pod górę, potem prawie same zbiegi. Pozuję fotografom i cieszę się biegiem. Czekam na góry.

DSC_4224

fot „Wasyl” Grzegorz Grabowski

Ela:
Czuję, że wiele się nauczyłam po Biegu Rzeźnika oraz treningach zbiegowych, które często występowały w naszych planach. Na podejściach podchodzę pewnie i szybko, na zbiegach pędzę ile sił. Pilnuję, żeby regularnie pić wodę i dostarczać sobie energii. Pierwszy „wodopój” omijam, a kibice krzyczą, że jestem dziewiątą kobietą. Nie jest najgorzej – myślę, uśmiecham się do nich i lecę dalej.

DSC_4217 (1)

fot. „Wasyl” Grzegorz Grabowski

Jarek: Kiedy wspinam się na pierwsze podejście, ktoś za mną mówi, że teraz dopiero zaczyna się bieg. Mozolnie noga za nogą posuwam się naprzód. Tęsknię za formą, którą miałem na Rzeźniku, ale nie ma co płakać. Idę dalej. W sumie czuję się dobrze. Na 15 km doganiam znajomych z Olsztyna, później mija mnie kolega, z którym przyjechaliśmy do Cisnej. Grzeję z górki jak szaleniec. Dajesz Krzysiek! – krzyczę do niego. Przypominam sobie naukę zbiegania i zaczynam trochę ryzykować.

DSC_3061

Fot. Wasyl

 IMG_20151010_173021Ela:
Na 19-tym kilometrze zaliczam upadek. Na szczęście nie jest groźny.. Ktoś się zatrzymuje pytając czy nic mi nie jest. Biegnę dalej. Zimny wiatr mocno daje się we znaki. Trochę żałuję, że nie wzięłam kurtki. Jednak w głowie mam myśl, że przynajmniej będę biec bez zatrzymywania, żeby się nie schłodzić zanadto :-). W ogóle sporo tych zbiegów, cały czas zastanawiam się, kiedy będą te duże podejścia. I oto one:  Berdo,  Hyrlata. Wszyscy tu idą prawie z nosem przy ziemi. W pewnym momencie słyszę dźwięk, a potem oczom moim ukazuje się taki widok: pan we fraku trzymający kontrabas i grający na nim. Niesamowite. Jak on tam wtargał ten instrument??? Że tez mu się chciało! Kilka osób podchodzi do niego i robi sobie zdjęcia. Ja przechodząc obok pokazuję kciuk do góry i się uśmiecham. To pozwoliło na chwilę odwrócić myśli od tego jak bardzo zmęczenie i zimny wiatr daje się we znaki. Martwię się o Jarka. Ubrany był lżej ode mnie!

CAM09016

My, Krzysiek i bębniarz z zespołu Wiewiórka na Drzewie fot. K. Biesiekierski

Jarek:
Czuję, że ręce mam przemarznięte. Jest zimno przez porywisty wiatr. Naciągam rękawki na dłonie i to trochę pomaga. Wieje nawet w lesie.
W pewnym momencie na 25 km czuję skurcz w ,,dwójkach”. Nie jest jednak zbyt mocny i zaraz przechodzi. Zapominam o tym. Na 36 km zaczyna się dwukilometrowy zbieg. Pod koniec mięśnie są bardzo zmęczone. Nagle chwyta mnie taki bolesny skurcz, że muszę zwolnić. Zawodnik, który biegnie za mną z troską pyta co mi jest. Rozmasowuję bolące miejsce. Po chwili spotykamy osoby, które mówią, że za 200 metrów jest punkt żywieniowy. Myślę, że tam chwilę odpocznę. Nie decyduję się wejść na kładkę, która jest przede mną, bo obawiam się, że mogę urazić bolące miejsce po skurczu. Pokonuję strumyk i biegnę dalej. Nigdy do tej pory nie miałem skurczy podczas zawodów. To dla mnie nowe doświadczenie. Te cholerne zbiegi…

anna dąbrowska

fot. Anna Dąbrowska

Ela:
Zbliża się 38 kilometr, długi, bardzo długi, agresywny zbieg kończący się „strefą kibica”, jest głośno, dużo ludzi kibicujących, przybijających „piątki”.
Wbiegam do miejsca postoju – czas na doładowanie energetyczne,  wypicie ciepłej herbaty (ponoć z „prądem” była 🙂 .
Wcinam dwie bułki z serem (nie wierzę, ze to zrobiłam, ale tak bardzo juz miałam dość żeli, że chciałam zjeść cokolwiek innego), smakowały niesamowicie,  wypijam dwa kubki coli i  herbaty. Zastanawiam się czy to co zjadłam będzie miało negatywny wpływ na mój dalszy bieg. Tu spotykam Jarka, mówi, że ma mocne skurcze w udach. Daję mu swój magnez. Wyruszamy dalej. Razem. Teraz to już „z górki”. No, może nie do końca. Przed nami wejście na Okrąglik i Jasło. Jesteśmy już trochę zmęczeni, kibice krzyczą, że mamy „zarąbisty” czas :-). To nas dopinguje, chociaż  przed nami właśnie wyrosła spora góra :-).
Jarek:
Świetnie mi się pokonuje dalszy dystans z Elą. Gadamy i dodajemy sobie otuchy. W pewnym momencie Ela zatrzymuje się na podejściu, ale widząc, że ja idę dalej, rusza za mną. Ambitna bestia!. Na zbiegu zaczynam biec. Ela mówi, że jest już ciężko, a ja jej na to, że trzeba jak najszybciej do domu. Do ciepełka i dobrego żarełka :-).

Ela: k9
Posiłek dobrze mi zrobił, nie odczuwam mocno zimna. W brzuchu lekko, czuję się świetnie. Mam siłę na podejście. Odczuwam tylko zmęczeniowy ból z tyłu ud. Mięśnie czworogłowe, o dziwo jeszcze nie bolą. Podejście atakuję szybkim, zdecydowanym krokiem, wypłaszczenia biegnę. Trzymamy się razem, Jarek motywuje mówiąc o tym, że juz blisko do domu. Ja nie wiem czemu, myślę o plackach ziemniaczanych, które dziś zjem 🙂 Mozolne podejście, chce je szybko pokonać, więc przyspieszam kroku. Jarek jest za mną.

DSC_3085

fot. Wasyl

Jarek:
Trochę zostaję za Elą. Mam ją jeszcze w polu widzenia i cieszę się, że zyskała nowe siły. Z moimi jest już kiepsko. Z górki biegnę, ale na wypłaszczeniach już nie mam siły. Liczę kilometry i w duchu sobie powtarzam, żeby nawet na chwile się nie zatrzymywać. Byle do przodu.

k2

Ela:
Z Okrąglika zostało niewiele kilometrów, jednak podejście na niego wymęczyło mnie. Na zbiegach bolą już „czwórki”, również stopa daje znać o sobie. Nie jest dobrze. Jednak nie zatrzymuję się. W pewnym momencie na jakimś agresywnym zbiegu widzę kogoś, jak schodzi tyłem. Uśmiecham się do niego i lecę. Zbiegam piękną, wyłożoną jesiennymi liśćmi ścieżynką, na dole stoi fotograf, każe się uśmiechać do zdjęcia. Miłe to jest, że im się chce przyjść na tę niełatwą trasę i robić zdjęcia takim biegowym wariatom.
Jarek:
Mimo zmęczenia czasami podziwiam widoki. Jest pięknie. Uwielbiam Bieszczady.

IMG_20151013_114053Ela:
Nagle słyszę jakiś ryk silnika. Myślę, że to może jakiś quad jedzie z górki, ale chłopaki z tyłu krzyczą, że to śmigłowiec ratowniczy. Żal, że komuś się przytrafił wypadek 4 km przed metą.
Jarek:
Widzę obok ścieżki jak ktoś leży przy drzewie. Przy nim kilka osób. Nagle z naprzeciwka w bardzo szybkim tempie biegnie dwóch mężczyzn z obsługi. Później dowiaduję się, że to jakaś kobieta złamała obojczyk i spieszyli jej na ratunek. Dzień później spotykam jednego z ratowników. Okazuje się dobrym gawędziarzem i opowiada nam o różnych ciekawych przygodach w Bieszczadach. To jest jednak historia na inną opowieść :-).
Ela:
Teraz już tylko dłuuugi zbieg. Pędzę ile sił w nogach, batona i żel mam w plecaku, nie chce mi się już ich wyciągać, aczkolwiek wiem, że tracę siły. Szkoda mi czasu na zdejmowanie plecaka i wyjmowanie żelu. Muszę pomyśleć chyba o innym plecaku :-). Popijam wodę. Dobiegam do znajomego strumyka, który jest jakiś kilometr lub dwa przed metą (znajomy, bo tam wczoraj rekonesans robiliśmy), jeszcze tylko mała góreczka, na którą juz nie mam siły. Podchodzę, widzę tory kolejki bieszczadzkiej. To już! Za chwilę meta! Mijam znajomych kibiców, krzyczą, dopingują, że jeszcze tylko kilka metrów. Wpadam na metę, wypijam 3 kubki soku pomarańczowego. Smakuje wybornie! Czuje głód, więc szybko otwieram opakowanie chlebka pełnoziarnistego, który każdy dostawał  na mecie, okazuje się jednak, że są to składniki do upieczenia chlebka! 🙂 I jest cholernie zimno.

CAM09012Jarek:
Przeliczam sobie, że czas będę miał nawet niezły. Na zbiegu ktoś mnie mija, ale ostatni delikatny podbieg już nie daje rady. Wyprzedzam go i biegnę, ile sił do mety. Słyszę jak moje imię krzyczy koleżanka z Olsztyna, dopingując mnie. Na mecie dostaje medal od młodego chłopaka z obsługi. Poklepuje mnie po plecach. To jest właśnie siła tych biegów, czyli genialni ludzie. Zawsze życzliwi, gotowi pomóc i ciągle uśmiechnięci. Fajnie, że tacy młodzi ludzie uczą się życzliwości i nie robią niczego na odwal.
Siadam na trawie, by trochę odpocząć. Koc, który dostałem gdzieś odfrunął. Nagle ktoś mi go przynosi i opatula mnie nim dokładnie. No to jest właśnie ta atmosfera i ci wspaniali ludzie.
Ela:
Chwilę odpoczywam przy ognisku, ale szybko idę do depozytu po ubrania. Dołącza do mnie Jarek! Przybiegł kilka minut za mną. Cieszymy się. Zrobiliśmy to! Nasz drugi bieg górski mamy za sobą :-).
DSC01863DSC01866IMG_20151017_154608

Wyniki:

Ela – 14 miejsce wśród kobiet, 4 w kategorii (nagroda za 3 miejsce, pierwsza zawodniczka była 3 w open), czas netto – 6:25:20.

Jarek – 177 miejsce wśród mężczyzn, 38 w kategorii, czas netto – 6:28:46.