Tagi

, , , , , , , , , , ,

W tym roku wystartowaliśmy w Biegu Rzeźnika po raz czwarty z rzędu. Każdy wcześniejszy miał swoją historię i wrył się w naszej pamięci czymś innym, zawsze niepowtarzalnym. Za pierwszym razem była to magia Połoniny Caryńskiej, za drugim bieg w tempie dość spokojnym ze względu na chorobę Jarka, a podczas trzeciego masakryczne wtedy dla nas podejścia końcowe na szczyt góry Hyrlatej oraz na Hon. Tym razem w głównej roli wystąpił upał oraz jeszcze trudniejsze podejście na finiszu. Ten bieg ma coś w sobie i jak na razie pozostajemy wciąż pod jego czarem.

Treningi przygotowujące nas do Biegu Rzeźnika w tym roku były ciężkie. Łączyliśmy biegi w tempach progowych z długimi wybieganiami. Tak jest właśnie w górach. Raz poruszasz się szybko, bo zbiegasz ze szczytu, a następnie mozolnie podchodzisz na następny. Oczywiście sporo też trenowaliśmy na schodach, a podczas długich biegów pokonywaliśmy tę samą górkę po kilka lub kilkanaście razy. Pogoda też nie rozpieszczała, bo często było bardzo gorąco.
Wyprawa w Bieszczady przebiegała spokojnie. Pakiety odebraliśmy jak nigdy dotąd już dzień wcześniej. Przygotowaliśmy się logistycznie i mentalnie spokojnie i bardzo szybko. Mieliśmy więc mnóstwo czasu na sen, odpoczynek i oczekiwanie na start.

Jarek:
Ok. 1:20 w nocy idziemy do czekających na nas autobusów. Po wyjściu na dwór z ciepłego mieszkania czułem lekki chłód, ale nie chciałem brać kurtki. Wiedziałem, że tego dnia miało być bardzo gorąco, a ja nie miałem zamiaru później tracić energii na rozbieranie się. W sumie mało waży, ale nie lubię zbędnego obciążenia. Potem w autobusie, który nas wiózł na start i przed samym biegiem tak zmarzłem, że aż szczekałem zębami. Dobrze, że Ela dała mi swoją kurtkę. Ona miała rękawki, więc nie było jej zimno. Cóż, człowiek wciąż się czegoś uczy na tych biegach ultra.

Ela:
Zwykle bardziej odczuwam chłód niż inni, więc postanowiłam skorzystać z doświadczenia na Rzeźniku z poprzedniego roku i ubrałam cienką wiatrówkę. Kurtka nic nie waży,  a w nocy w górach jest chłodno… No i w sumie kurteczka się przydała… Jarkowi. I super, bo zaczął już szczękać zębami. Moje niezawodne rękawki również świetnie zdały egzamin podobnie jak na naszym pierwszym Rzeźniku.Jarek:
Czułem się dobrze. Jak ruszyliśmy prawie od razu się rozgrzałem. Umówiliśmy się, że najpierw Ela włączy swój zegarek, a jak bateria wysiądzie, to wtedy ja uruchomię mój, bo nasze zegarki nie wytrzymałyby przez cały czas trwania biegu. Niestety jej GPS nie łapał sygnału. Włączam więc swój na ok. 5 kilometrów. Biegliśmy spokojnie trochę powyżej 6 min. na km. Po dwóch kilometrach już zaczynamy szybciej: 5:47/km, 5:37/km. Jest fajnie. Kiedy Eli zegarek łapie sygnał, ja wyłączam swój dla oszczędności.
Nie mogę się doczekać, kiedy wbiegniemy w góry. Najpierw przez ok. 8 km poruszamy się po ubitej asfaltowo-szutrowej drodze. Bardzo szybko się rozwidnia.

Ela:
Przed biegiem zwykle się trochę stresuję, jednak już po starcie mój organizm wchodzi na odpowiednie tory, przestawia się na to, że będzie musiał teraz być na wysokich obrotach przez kilkanaście godzin. Lubię ten stan. Wyprzedzają nas biegacze, którzy postanowili szybko wystartować. Myślę sobie, że na pewno i tak ich wyprzedzimy. Zwykle na takim biegu ważna jest tak naprawdę druga połowa dystansu. Jarek:
W tym roku bardziej celebruję ten bieg. Po raz pierwszy widzę jeziora Duszatyńskie. Przez poprzednie 3 edycje zupełnie nie zwracałem na nie uwagi. W pewnych momentach czujemy bardzo intensywny i mdły zapach padliny. I tak kilka razy. Nic nie mówię, ale obydwoje z Elą domyślamy się co to oznacza. Otóż gospodyni, u której nocowaliśmy opowiadała nam, że taki zapach wydziela niedźwiedź, żeby odstraszyć lub ostrzec intruzów, którzy wchodzą na jego teren. Czasami na drodze mijamy duże odchody. Rozglądam się wokół wypatrując jakiegoś ruchu w krzakach, ale niczego nie dostrzegam. Nie mówię o tym Eli.Ela:
Początkową trasę Biegu Rzeźnika znam na pamięć. Lubię przebiegać przez niewielką wioskę, gdzie, mimo wczesnej godziny ok. 3.30  są już kibice, pstrykają zdjęcia i przybijają piątki. Wiem, w jakim momencie świta i przeważnie wtedy wbiega się w urocze okolice jeziorek Duszatyńskich. Rok temu była duża mgła i wydaje mi się, że wolniej się rozwidniało. Malowniczo prezentowały się latarki – czołówki biegaczy biegnących wzdłuż jeziorka. W tym roku przy jeziorkach jest prawie widno, ale nadal klimatycznie.Jarek:
Na szczyty szybko wchodzimy mijając innych zawodników, zbiegamy żwawo. Samopoczucie świetne. Prowadzimy z Elą na zmianę. Popijamy i pożywiamy się regularnie. Ela przypomina mi o wzięciu tabletek solnych – współpraca świetna. Do pierwszego punktu pomiarowego czas leci szybko. Wymijamy coraz więcej par, chociaż nie napieramy zbyt szybko. W pewnym momencie mijam Elę bez słowa, kiedy ona pije izotonik z softflaska. Postanawiam, że pobiegnę sobie szybko, a ona dojdzie mnie na podejściu. Przebiegam przez punkt pomiarowy. Jesteśmy na 176 miejscu wśród wszystkich par. Mijam kolejnych biegaczy, czuję się genialnie.

Ela:
Między kolejnym łykiem wody, a żelkiem myślę sobie, że jeszcze tak to nie biegliśmy: raz prowadzę ja, a raz Jarek. Przeważnie było tak, że to ja marudziłam, że zmęczona, a to, że coś mnie boli, itp. itd. Dziś jest mega: gdy ja się czuję na siłach, to lecę, podchodzę pod podejścia niczym maszyna, jak się zmęczę, przejmuje to Jarek. Fajnie! Euforycznie wręcz! Spokojnym tempem, nie szarżujemy za bardzo, siłowo jest świetnie. Słyszę „pikanie” maty pomiarowej z daleka, wiem, ze Jarek jest tuż za mną, oglądam się za nim, żebyśmy razem wbiegli na matę. Jarek zniknął…

Jarek:
Oglądam się za siebie, ale nie widzę Eli. Trochę zwalniam, w końcu zaczynam iść. W pewnym momencie zatrzymuję się, a jej nie ma. Czekam. Szkoda mi czasu, jestem zły, ale to taka sportowa złość. Teraz już prawie jestem pewien, że coś się stało. Wracam. W pewnym momencie ludzie, których mijam mówią mi, że jeśli szukam partnerki, to czeka na mnie przed punktem pomiarowym. Tak bardzo szkoda mi czasu, wiem, że do punktu nie jest tak blisko. Ech…Ela:
Oglądam się, a po chwili staję. Myśli kłębią się w głowie: coś się stało? Może się przewrócił? Co mam robić? Nie ma tu zasięgu więc telefon na niewiele by się zdał. Zaczynam pytać ludzi, myślę sobie, że gdyby był jakiś wypadek tam z tyłu, to by ktoś powiedział. Ogarnia mnie lekka panika, chce mi się płakać, mijają mnie ludzie, których wyprzedzałam i zostawiłam daleko w tyle… W końcu przebiegam przez matę, zakładam, ze skoro nie ma Jarka z tyłu to pewnie mnie wyprzedził, a ja go nie zauważyłam. Powoli ruszam dalej…
Wreszcie widzę Jarka, zawrócił, żeby mnie znaleźć. Uff, cieszę się, dajemy sobie buziaka, bez żadnych pretensji i żalów do siebie. Takie rzeczy przecież się zdarzają, nie sposób jest wszystkiego przewidzieć. Trochę mnie zdemotywowała ta sytuacja. Tyle czasu razem biegamy i nigdy się coś takiego nie zdarzyło. Ale cóż, odrzucam te myśli, skupiam się na tym, żeby teraz nadrobić stracony czas.

Jarek:
Mówię Eli, że jeszcze to odrobimy. Wydaje mi się, że straciliśmy niewiele, jednak kiedy docieram znów do miejsca, z którego wracałem okazuje się, że szukaliśmy się ok. pół godziny. Trudno. Lecimy teraz jak na skrzydłach, wymijamy kolejne osoby. Niektórzy widząc nas cieszą się, że się odnaleźliśmy. Kibicują nam.
– Mąż panią znalazł? – Pyta jakiś biegacz. Ela potwierdza. Kiedy go mijamy krzyczy: – Kocha panią!
Ja toruję nam drogę. Krzyczę wciąż: ,,moja lewa”. ,,daj lewą”. Biegacze posłusznie schodzą nam z drogi. Ostro lecimy.
Powoli budzi się dzień i wychodzi słońce. Dobiegamy do bardzo stromego stoku narciarskiego. Czekałem na to już od jakiegoś czasu. Widzę jak ludzie przede mną ustawiają się po obu stronach zbiegu blokując mi drogę. Schodzą bardzo powoli. Nie hamuję, tylko pędzę naprzód. Mijam wszystkich ,,Janosikiem”. Tę metodę ćwiczyliśmy do znudzenia na naszych góreczkach. Lecę doganiając tych, którzy byli już na dole. Zaraz pierwszy przepak.
Ela:
Kiedy widzę znajomy stok narciarski, już wiem, że Cisna blisko. Rok temu na tym stoku było błoto, dziś suchutko, sporo kamieni, trzeba mocno się skupić na drodze. Każdy nieuważny krok może skończyć się upadkiem. Jarek śmiga w dół. Ja co prawda biegnę wolniej (eh, zbiegi nadal nie są moją najmocniejszą stroną :(), ale i tak wyprzedzam na tym ostrym zbiegu wielu biegaczy. Z radością witam drogę do Cisnej. Przyłącza się do nas kibic biegnący z głośnikami, z których płynie muza rzeźnicka Wiewiórki na Drzewie – lecimy jak na skrzydłach!  Mamy dosyć dobry czas. Szybko, bardzo szybko uzupełniamy zapasy jedzenia, picia i biegniemy dalej.

Jarek:
Tutaj na 32 kilometrze jesteśmy na 190 miejscu wśród wszystkich. To oznacza, że niestety, nie wszystkich wyprzedziliśmy podczas naszej ,,awarii”. Nic to. Forma jest, siły są, a to dopiero początek zabawy. Rzeźnik jak i życie… zaczyna się po ,,czterdziestce” :-).

Ela:
Za Cisną czeka nas spore podejście, ale jesteśmy napici, najedzeni (na drogę zabraliśmy połówki pomarańczy). Ciśniemy więc, a słońce jest coraz wyżej, odczuwamy już wyższą temperaturę powietrza, ale na razie jest dobrze.Jarek:
Coraz bardziej odczuwam upał. Dobrze, że drzewa dają osłonę przed słońcem. Muszę często pić, bo w ustach szybko czuję suchość. Na otwartym terenie staram się szybko biec, żeby uciec w cień. W pewnym momencie zauważam, że samopoczucie się poprawia. Stwierdzam, że słońce zaszło za chmury. Od razu lepiej mi się biegnie. Cieszę się, ale po pewnym czasie znów jest gorąco. Na trasie poznajemy dziewczyny z Wielkopolski Dagmarę i Justynę. Mijamy się non stop. Czasami gadamy z innymi biegaczami. To jest świetne wśród ultrasów. Jedni mobilizują drugich, interesują się sobą nawzajem, po prostu genialni ludzie. Po biegu spieram się z Dagmarą, że słońce zaszło tylko dwa razy. Ona twierdzi, że więcej. Niech jej będzie, ale… i tak wiem swoje. Upał po prostu mnie dobija. Mięśnie też odczuwają temperaturę.

Ela:
Kilometry mijają mi wyjątkowo szybko. Obserwuję Jarka, wiem, że upały niezbyt dobrze znosi, dopinguję go.  Zauważam, że lekko puchną mi dłonie, to efekt upału, zmęczenia, wysiłku, zatrzymania wody, itp. Przypominam więc co jakiś czas Jarkowi o piciu i elektrolitach. Moje stopy czują już mnóstwo kilometrów i zaczynają się lekko buntować. Myślę już o tym, że dobrym pomysłem było włożenie innych butów do worka na drugim przepaku.

Foto: Julita Chudko

Jarek:
Na szczyt wchodzę wolno, jest coraz ciężej, za to z góry śmigam jak kozica. To mam nieźle opanowane. Teraz widzę, że treningi były naprawdę dobrze zrobione. Tylko ten upał… Niestety nie chce mi się jeść. Wiem, że muszę, bo całkiem opadnę z sił. Brak chęci do jedzenia to efekt zmęczenia i odwodnienia. Zmuszam się, ale robię to bardzo niechętnie. Dawno tak się nie czułem na biegu. W pewnym momencie mówię Eli, że mi się nie chce biec. – Ale musisz! – mówi bez żadnych ceregieli nasze hasło z treningów. Tylko, że podczas przygotowań, to ja go używałem. Mimo zmęczenia jak widzę, że Ela biegnie, to i ja ruszam. Wtedy przekonuję się, że mogę biec, tylko ten upał powoduje, że nie chce mi się, ale przecież muszę :-).Ela:
Z radością i ulgą wbiegamy do Smereka. Widzimy Agnieszkę i Jacka, którzy specjalnie przyjechali tu, żeby nam kibicować. Pomagają nam na przepaku. Szybko biegnę po worek z naszymi rzeczami, zmieniam buty. Ulga! Chwilę zastanawiam się, czy zabrać kijki. Szybka decyzja: nie biorę. Jeśli dosyć dobrze dotąd mi się bez nich biegło, nie chcę teraz kombinować.
Wolontariusze dwoją się i troją, żeby wszystkiemu sprostać. Są naprawdę wspaniali. Sami wyjmują flaski z mojego plecaka, pytają tylko czym je napełnić. Sprawiają wrażenie, jak mieli po dwie pary rąk i kilka par uszu 🙂
Szybko uzupełniam płyny, piję izotnik o boskim miętowo limonkowym smaku, dolewam do flasków wodę z colą, chwytam kabanosa oraz pomarańcze. Nie ma tu czasu na siedzenie i popas. Lecimy dalej. Agnieszka i Jacek krzyczą za nami „powodzenia”.  Jarek:
Na drugim przepaku rzucam się na picie. Jacek, kolega który następnego dnia startuje w Rzeźniczku bierze ode mnie flaski i napełnia je napojami. Sam się zaoferował i jestem mu za to wdzięczny. Taki nieplanowany support. Ja skupiam się na jedzeniu i popijaniu. Biorę kabanosa do ust i ciężko go mielę. Nic nie wchodzi.
Wolontariusz pyta Elę, czy znalazła swoją zgubę. To niesamowite, że ludzie w górach są tacy pomocni i interesują się co ci się stało. Ela kiwa głową i pokazuje na mnie z uśmiechem. Okazuje się, że wyprzedziliśmy 60 par i jesteśmy na 130 miejscu wśród wszystkich. A wydawało mi się, że strasznie się wlokę. Upał zbiera swoje żniwo… Nie ma żartów!Ela:
Jest już bardzo gorąco i duszno, najtrudniejsze są momenty, gdy wychodzi się na pełne słońce, a tu ukazuje się duuuże podejście. Wiesz, że samo stanie w słońcu cię wykańcza, a gdzie jeszcze podejść pod górę lub biec…
Dobrze, że mam cieniutkie ubranie, które nic nie waży i szybko schnie. Koszulka, mimo, że ma rękawy i jest czarna zupełnie nie jest odczuwalna, a spódniczka, mimo, że ma spodenki pod spodem, również jest przewiewna i lekka. Idealna na ten upał.
Fotografowie siedzą gdzieś w jagodzinach i pstrykają foty. Nawet nie mam siły pozować :-). Widzę, że to ja muszę motywować dziś Jarka. Próbuję go zachęcać do wysiłku i uśmiecham się. Wiem, że to dla niego ważne.  W pewnym momencie, gdy jesteśmy na odsłoniętym terenie, a widoki zapierają dech, wyjmuję telefon (co nie jest takie proste przy tym zmęczeniu, bo trzeba odpiąć zamek w kieszonce z tyłu i jeszcze odwinąć telefon z folii oraz w pełnym słońcu uruchomić aparat) i robię foty.

Foto: Zabiegani TV

Jarek:
Jakiś biegacz za mną niesamowicie nawija przez telefon. Mówi, że nie ma już sił, a gada jak najęty. Dagmara mnie mija. Też już nie może znieść tego gaduły. Gość niby nie ma sił, ale traci energię na rozmowę.
Ela czasami mnie zaczepia, ale daję ręką znać, że dzisiaj nie gadam. Zaśmiała się i ruszyła dalej. Dobrze mieć wyrozumiałą żonę :-).Ela:
O tak, pamiętam tego biegacza. Wkurzał tym swoim gadaniem przez komórkę chyba wszystkich dookoła, to dlatego tak szybko pocisnęliśmy pod te górkę 😉
Z niepokojem zauważam, ze na zbiegach lekko pobolewa mnie kolano. Nie jest to na razie bardzo dokuczliwe, ale wiem, że może potem dać popalić na końcówce, gdzie są spore i długie zbiegi. Odsuwam od siebie na  razie tę myśl, że będzie gorzej bolało. Byle do Roztok, tam ostatnie uzupełnienie wody i do mety…
Mój zegarek świruje. To przez to, ze tak naprawdę nie zdążyłam go „rozkminić”, gdyż specjalnie na bieg pożyczyła mi go koleżanka biegaczka z Bydgoszczy, której bardzo za to dziękuję 🙂 . Jego praca w trybie „ultra track” jakoś nie trybi w tych górach 🙂 Pokazuje mi chyba już 74 kilometr, a jest dopiero około 60…
Jarek:
Cały czas biegnę bez włączonego GPS-a. Widzę na swoim tylko czas, a Ela informuje mnie o kilometrażu. W sumie to wychodzi lipnie, bo jej zegarek przekłamuje pokazując więcej niż jest w rzeczywistości. Zauważam, że dobrze mi się biegnie nie wiedząc ile jeszcze do mety. Czekam tylko na dobiegnięcie do punktu odżywczego. W pewnym momencie schodzimy ze szlaku i pędzimy w dół asfaltówką. Przed nami znów Agnieszka i Jacek. Nie zatrzymuję się. Oni biegną z nami. W pewnym momencie słyszę jak Agnieszka z uznaniem mówi, że tak szybko biegnę. Ja tylko śmigam do ,,wodopoju” :-). Tam spotykamy Arka, którego partnerka niestety miała ,,awarię” i zeszła z trasy. Dalej ruszamy razem. Na punkcie proszę medyka, żeby schłodził mi gorące nogi. Po kilku krokach czuję się dużo lepiej. Na ostatnie 12 kilometrów włączam swój zegarek. Możemy napierać! Tu okazuje się, że wyprzedziliśmy prawie 50 par i jesteśmy już na 84 miejscu!Ela:
W Roztokach znów spotkaliśmy Agę i Jacka, którzy pomogli nam w prostych rzeczach: nalali wody do flasków, a Aga zmoczyła mi czapkę w zimnej wodzie ze strumienia (ulga niesamowita, sama bym na to nie wpadła na tym zmęczeniu, dzięki Agnieszka!). Ja tymczasem mogłam się napić, coś zjeść i lecieć do medyków, żeby mi schłodzili kolano. Przyniosło mi to dużą ulgę. Wiedziałam, że to już „tylko” i „aż” 12 km do mety, ale zdawałam sobie też sprawę, że to będzie najdłuższe 12 kilometrów (w rzeczywistości okazało się, że było to 14 km).
No i Hyrlata! Ta zołza niczym niegdyś Caryńska krwi potrafi napsuć! Ja czuję się dobrze i mogę dość szybkim krokiem podchodzić. Nawet ucięłam sobie pogawędkę z kolegą Arkiem. Podejście jest jednak dłuuugie i bardzo strome. Co chwilę słyszę w moim telefonie sygnały sms, więc podczas tego długiego, powolnego podejścia wreszcie mam czas je odebrać. Okazuje się, że to znajomi, którzy śledzą nasze wyniki online piszą: „ale naparzacie”, „ogień z d…”, „trzymamy kciuki”, „jesteście na 19 miejscu”, „idziecie jak burza”. To było bardzo miłe. Odpisuję na  kilka sms-ów i brnę mozolnie dalej. Mimo, że wyczerpuje nas ta góra, nie zatrzymujemy się, konsekwentnie, cały czas napieramy.Jarek:      
Pozostało ,,tylko” 14 kilometrów do mety. Najpierw podejście na Hyrlatą przez Rosochę. Wiem, że będziemy teraz wspinać się przez ponad 3 kilometry. W tamtym roku bardzo się tu zadyszałem, teraz to podejście wydaje mi się jakieś takie płaskie mimo, że idę bez kijów. Potem zbieg, asfalt i docieramy do rzeczki. Oczywiście nie korzystamy z kładki, tylko przechodzimy po wodzie. Idziemy w górę na ostatni szczyt. Mijamy podejście na Hon i ruszamy na nieznane nam Rożki. Na początku jest bardzo łagodnie. Mówię Eli, że pewnie organizatorzy wymyślili łatwiejsze zakończenie biegu niż w poprzednim roku, żeby nam nieco ułatwić zadanie. Naiwniak ze mnie…Ela:
Zeszłoroczne podejście na Hon to była bułeczka z masełkiem w porównaniu z tegorocznymi Rożkami. Niekończące się wysokie podejście pełne kolein, błota, zryte tak, jakby czołgi po nim jechały. Zmęczone nogi rozjeżdżały się na wszystkie strony. Idziemy noga za nogą… Żeby trochę się zmotywować wyjmuję słuchawki i włączam ulubioną muzykę. Niestety, w górach tak to nie działa. Nie motywuje… Chowam je z powrotem. W dole gdzieś płynie rzeka, chciałoby się w niej zamoczyć chociaż stopy…

Jarek:
Na podejściu mijamy znanego ultrasa, który mówi nam, że do końca zostało niecałe 4 kilometry. Z każdą chwilą kąt nachylenia góry jest coraz większy. Idę, liczę po 100 kroków,  zatrzymuję się na głębszy oddech i znów prę naprzód. Nogi już są bardzo ciężkie. W dodatku w niektórych miejscach jest otwarta przestrzeń, gdzie nie ma drzew dających choć trochę cienia. Już naprawdę się nie chce. Ktoś stojący na poboczy informuje, że jeszcze tylko 200 metrów do szczytu. Cieszę się w duchu. Po chwili następna osoba mówi… to samo. I tak jeszcze chyba ze 2 razy. Nikomu już nie wierzę, tylko z mozołem posuwam się do przodu ciężko dysząc. Wreszcie jakaś dziewczyna mówi, że to już szczyt. Zagryzam zęby, żeby mi się nie wyrwało jakieś wojskowe słowo. Jednak po chwili okazuje się, że mówiła prawdę. Nawet uśmiecham się do niej i dziękuję.
Już teraz wiem, że w tym roku trasa jest dłuższa niż w poprzednim. Ło matko, jeszcze tylko 2 kilometry do mety. Zaczyna się ostry, agresywny zbieg. I dobrze!Ela:
Wreszcie koniec tej góry, teraz tylko zbieg do Cisnej. Zastanawiam się, jak moje kolano to wytrzyma. Odsuwam szybko w niebyt tę myśl. Zaczynamy zbiegać, mijamy jakichś rowerzystów górskich, którzy ustępują nam drogi. Ciśniemy w dół. Metę już słychać z daleka, no, ale to jeszcze spory kawałek. Nagle Jarek pokazuje mi, że przed nami biegnie dziewczyna, a więc to chyba para mix-ów. Postanawiamy jeszcze ją prześcignąć (tak, tak, po tylu kilometrach zmęczenia jeszcze można się zmotywować). Włączył nam się duch rywalizacji. Zaczynamy więc pościg. Dziewczynę prześcignęliśmy, ale okazało się, że biegła bez partnera, mijamy też chłopaków, którzy na podejściu nas łyknęli.

Jarek:
Ela to ambitna bestia. Powiedz jej, że jakaś dziewczyna jest przed nami, to mimo bólu będzie gnać jak na skrzydłach. Aż mi tchu zabrakło. Jeszcze tylko po specjalnie przygotowanych schodkach, potem mosteczek, znów schodki i na nasyp.Ela:
Wbiegamy do Cisnej, już meta. Trzymamy się za ręce, znów to zrobiliśmy!
Teraz już tylko przepyszne jedzonko (ach, ten ryż z truskawkami!!!), foty z przyjaciółmi i odpoczynek!

Jarek:
Nareszcie! Ktoś zakłada mi sznurek z medalem na szyję, a ja idę w cień. Rzucam się na trawę i oddycham ciężko. Okazuje się, że zrobiliśmy o 11 minut słabszy czas niż w tamtym roku, ale przecież raz się zgubiliśmy, trasa był dłuższa o ok. 3 km, no i ten upał. Jestem bardzo zadowolony z wyniku. Widać, że byliśmy świetnie przygotowani. Okazuje się, że na tych ostatnich podejściach daliśmy się jednak niektórym wyprzedzić i ostatecznie jesteśmy na 90 miejscu wśród wszystkich par. To nasz najlepszy wynik we wszystkich naszych Rzeźnikach! O trudności biegu może świadczyć fakt, że para, która w tamtym roku zajęła 2 miejsce w mixach, teraz była czwarta z czasem gorszym o… ponad półtorej godziny. Poza tym na 679 par, które wystartowały w limicie zmieściło się 415, a 134 zeszło z trasy. Te liczby robią wrażenie!Ela:
To był wspaniały bieg. Inny niż wszystkie dotąd. Dla mnie to przeżycie wręcz mistyczne. Bieg Rzeźnika to bieg z Jarkiem, pokonywanie naszych słabości, ale też świetna współpraca, uzupełnianie się, bycie ze sobą, wspieranie się, bez względu na okoliczności. Na dobre i na złe. Jak w małżeństwie…

Za rok znów wrócimy w Bieszczady!

Dziękujemy bardzo Kasi Półtorak z Polkasport za wsparcie!

Reklamy