Tagi

, , , ,

Od prawie dwóch lat nie startowaliśmy w żadnych zawodach, które odbywały się  w naszym województwie. Głównie wybieraliśmy biegi górskie i przełajowe. Takich leśnych ,,wyścigów” bardzo nam brakowało w naszych okolicach. Tereny przecież mamy doskonale nadające się na to, żeby po nich biegać. No i trochę się tych zawodów w tym roku ,,wysypało”, więc postanowiliśmy wystartować najpierw w lipcu w ultra, gdzie trasa  prowadziła po naszych treningowych ścieżkach, a po miesiącu u naszych biegowych przyjaciół w niedalekiej Łukcie. To był Leśny Cross na dystansie 23 km.
Wyruszyliśmy już w przeddzień najpierw do Morąga. Tam odebrał nas Jarek, czyli jeden z organizatorów. Przekazaliśmy mu trochę ubrań biegowych dla dzieciaków z Domu Dziecka bodajże w Toruniu, a potem udaliśmy się do Łukty. Organizatorzy nie patyczkowali się z nami, tylko od razu zagonili do roboty :-). Oczywiście z wielką chęcią pomagaliśmy w przygotowywaniu grochówki na następny dzień dla uczestników zawodów, podjadając pyszne marchewki.

 

 

 

 

 

 

 

Przy okazji pogadaliśmy i pośmialiśmy się, świetnie spędzając czas. Wieczorem dołączyli do nas jeszcze Rafał Kot i Rafał Wilczek, czyli silna reprezentacja Jurund Szczytno.
Organizatorzy zapewnili nam super nocleg w niezwykle komfortowych warunkach za co serdecznie im dziękujemy. Pogaduchom nie było końca. Zwłaszcza kiedy dołączył jeszcze Jarek Rowicki. Jednak około północy postanowiliśmy, że trzeba się wyspać, bo jutro przecież czeka nas nie lada wyzwanie.

Następnego dnia Jarek jak zwykle zerwał się rano z łóżka i jako jeden z pierwszych poszedł odebrać pakiety. Cały czas siąpił lekki deszczyk. Cieszyliśmy się, że wreszcie nie będziemy startować w upale. Relacje organizatorów z przeglądu trasy opisujące, że jest błotko i ślisko wcale nas nie niepokoiły. Najważniejsze, że nie było gorąco. Jak już byliśmy gotowi to wyskoczyliśmy na rozgrzewkę. Miejsce startu było oddalone jakieś 200 metrów od naszej ,,chawiry”. Rozbiegamy się, robimy ćwiczenia, a tu organizatorzy proszą Elę o wykonanie rozgrzewki dla wszystkich. Nie mieliśmy tego w planach, ale czego się nie robi dla przyjaciół. Ela się zgodziła i jak zwykle z uśmiechem starała się rozruszać zmarzniętych i zmokniętych uczestników zawodów.
Jarek:
Jestem spokojny. Wiem jak mam biec. To będzie takie treningowe tempo na początku, a potem mam przyspieszać. Chciałem zastosować negative split, żeby nie zakwasić się na początku. Poza tym nie miałem w planach jakiejś specjalnej walki.

Co innego Ela. Czuła presję i duży stres. Znajomi, których coraz więcej spotykaliśmy przed startem widzieli w niej faworytkę wśród kobiet. Wiedziałem, że taka presja trochę jej ciąży. Jednak jak zawsze sama podkreśla, po starcie wszystko ,,puszcza” i w głowie jest tylko to co zostało wytrenowane i taktyka, którą wcześniej jej nakreśliłem. Ze względu na pogodę i deszcz decyduję się biec bez plecaka z napojem. Biorę tylko jeden żel.
Ela:
Przed biegiem zawsze się stresuję. W głowie mam mnóstwo myśli: jakie zawodniczki staną na starcie, czy wziąć plecak, jakie ubrać buty, czy opaskę na głowę czy też może czapeczkę z daszkiem, bo przecież ma padać… eh, te dylematy kobiece. 🙂
Mimo, że nie jest zbyt gorąco, postanawiam wziąć plecaczek biegowy z softflaskiem, lubię być niezależna i pić wtedy, kiedy chcę, a nie wyczekiwać na punkt żywieniowy.  Tego mnie nauczyły biegi ultra. Wlewam więc do flaska pół litra izotonika rozcieńczonego wodą, do plecaka wrzucam żel squeezy i biegnę na start.

Jarek:
Ruszam powoli, żeby nie dać ponieść się euforii tłumu biegaczy. Nie chcę przesadzić. Dopiero od niedawna zacząłem powoli odbudowywać formę po Rzeźniku. Tam dałem z siebie wszystko, a mój organizm słabo się regenerował. Poza tym zdaję sobie sprawę z tego, że to nie będzie płaska trasa. Sporo pagórków może nieźle dać w kość i być bardzo zdradliwe. Rozpoczynam w granicach 5:30 i coraz więcej osób mnie wyprzedza. Uśmiecham się w duchu do siebie. Taktyka positive split jak widzę ma wielu zwolenników. 🙂 No cóż, zobaczymy jak będzie po 10 kilometrach.
Ela:
Trasę znam i wiem, że jest sporo górek i trawiastej nawierzchni. Postanawiam nie zaczynać zbyt szybko, ale mieć jednocześnie czołowe zawodniczki na oku. I jest jak zwykle: jedna z dziewczyn wyrywa w szybkim tempie, ja biegnę kawałek za nią, jednak po kilometrze stwierdzam, że będę biec swoje, jeśli zawodniczka jest lepsza ode mnie to przecież nie będę się „zarzynać”. Po trzecim kilometrze wyprzedzam ją, gdyż na górkach zaczęła zwalniać (co przewidziałam). Biegnąc zahaczam ręką o jakieś kolczaste krzaki (chyba jeżyny), widzę krew na ręce, trochę szczypie, ale deszcz przemywa ranę i zaraz o niej zapominam. 🙂
Jarek:
Świetnie mi się biegnie. Na podbiegach zwalniam, drobię krok i całkowicie rozluźniam mięśnie. Obserwuję jak inni zawodnicy niesamowicie siłowo pokonują wzniesienia mijając mnie i ze szczytów zbiegają w niewiele szybszym tempie. Ja odwrotnie. Śmigam z górek wyprzedzając innych, ale jeszcze nie na pełnej petardzie. Oszczędzam siły. Czuję niesamowity komfort, ale nie chcę dać się ponieść emocjom.

Ela:
W okolicach czwartego kilometra wyprzedza mnie zawodniczka, która biegnie dość żwawym tempem. No, pomyślałam, zaczyna się zabawa. 🙂 Jednak nie szalałam ze ściganiem, postanowiłam biec swoje tak, jak zaplanowałam. Nie przygotowywałam się w sumie na tak szybkie tempo, ale wiedziałam, że jestem w stanie biec za nią.

Jarek:
Powoli, ale systematycznie wyprzedzam tych, którzy wcześniej wyrwali. Czasami się z nimi tasujemy, kiedy zwalniam pod górkę, ale później na zbiegu już im odchodzę. W pewnym momencie kilku biegaczy zaczyna naśladować moją taktykę. Jeden z nich sapie mi nad uchem. Nie daje się zgubić, ale w końcu nie wytrzymuje, kiedy przyspieszam i już go nie słyszę. Zapoznaję się też z Januszem, chyba z Kwidzyna, który podziwia moją taktykę i po kilku kilometrach sam przyznaje, że dzięki niej nie męczy się szybko. Biegniemy razem do 20 kilometra.

Ela:
Trasa jest bardzo dobrze oznaczona – mimo, że na pewnej jej długości spotykają się oba dystanse biegów – to dwukolorowe szarfy świetnie się odznaczają i każdy wie jak ma biec. Wiem już, że nie muszę się zbytnio koncentrować na tym, żeby szukać zaznaczeń trasy, więc zakładam słuchawki i włączam moją ulubioną muzę.

Jarek:
Na trasie przybijam ,,piątki” z młodymi kibicami. W ogóle jest dość sporo widzów dopingujących zawodników. Czuję klimat tego magicznego miejsca. Przebiegam po ścieżkach szutrowych, mijam jezioro, stojące odludnie domy, siedliska i małe wsie. Lasy są jak z bajki, bo przecież tuż obok ulokowany jest rezerwat przyrody. Trasa po prostu piękna. Na punktach żywieniowych szybko wypijam wodę, przyjmuję żel albo pomarańczę, biorę w dłoń połówkę banana i lecę dalej bez zwłoki.

Ela:
Biegnie mi się fantastycznie, choć czuję, że jest trochę za szybko i na ostatnich kilometrach za to „zapłacę”. Myślę o tym, że Jarek by nie pochwalił mojego tempa (bo zbyt szybko), ale byłby dumny z tego, że podjęłam rywalizację. Lecę więc! Zbliżam się powoli do rywalki, dobiegamy do punktu z wodą, ja się nie zatrzymuję, ona tak, jednak po chwili znów mnie mija. To mnie motywuje!. Widzę, że powoli, systematycznie zbliżam się do pierwszej zawodniczki i zastanawiam się czy to ona biegnie wolniej czy to ja przyspieszam, zerkam na zegarek i widzę, że to ja… 🙂 10 kilometr – punkt z wodą, ona się zatrzymuje, ja biegnę dalej. Myślę sobie, że to w sumie część taktyki – mieć swoje picie i nie tracić czasu na punktach żywieniowych. Biegnę takim samym tempem, wiem, że muszę to wytrzymać, żeby zrobić choć niewielką przewagę. Żel dodaje mi energii, muzyka motywuje, kibice w wiosce przybijają „piątki”.

Jarek:
Trasa oznaczona genialnie. Praktycznie na każdym biegu się gubię i zaliczam dodatkowe kilometry, a tutaj po prostu nie ma jak zbłądzić. Na którymś kilometrze mijamy się z zawodnikami z dystansu 5-kilometrowego. Trasy łączą się może z 200 metrów i nie można się pomylić, bo ,,piątka” jest oznakowana taśmami żółto-białymi, a my lecimy na biało-czerwoną ścieżkę. Na zakrętach znajdują się strzałki umocowane na drewnianych tyczkach oraz narysowane sprayem na drodze, wskazujące właściwy kierunek.
Czasami przyspieszam i przygotowuję się do końcowego finiszu. Czuję się komfortowo, a przecież trzeba się w końcu trochę zmęczyć. Na dwudziestym kilometrze mówię w żołnierskich słowach Januszowi, który trzymał się mnie przez cały czas, że teraz już koniec ,,opitalania się” i trzeba pocisnąć. Życzy mi powodzenia, a ja włączam wyższy bieg. Po chwili skręcam na najtrudniejszy odcinek trasy. Biegnie się po trawie i koleinach. Trzeba uważać, żeby nie skręcić nogi w kostce. Są też mocne podbiegi i jeden dość agresywny zbieg. Widzę jak inni zawodnicy idą pod wzniesienia. Wyprzedzam ich i pędzę do mety.

Ela:
W pewnym momencie dogania mnie zawodnik i mówi: ,,myślałem, że nie dogonię już Pani od rozgrzewki, a jednak mi się udało”. 🙂 Uśmiecham się i życzę mu powodzenia dając jednocześnie do zrozumienia, że biegnę tempem, które nie jest konwersacyjne. 🙂 To nie bieg ultra, gdzie czasem można sobie pogawędzić. 🙂
Wiem, że pod koniec trasy są niezłe górki więc oszczędzam siły. Oglądam się za siebie, nie widzę mojej rywalki więc lekko zwalniam na górkach. Na ostatnim punkcie chwytam kubek z wodą i zwilżam głowę oraz kark. Wiem, że zostało jeszcze jakieś 4 km, a już wody nie mam. Jednak nie myślę zbyt wiele o tym, zdając sobie sprawę z tego, że to wytrzymam. Wizualizuję siebie na mecie, widzę jak wbiegam, przecinając szarfę. 🙂 Chciałabym, żeby organizatorzy zadbali o to, żeby była (na ostatnim moim biegu gdzie zwyciężyłam brakowało mi tego). I myślę o tym, że jeszcze dziś wybierzemy się na duuuuże lody! Trasa trochę mi się dłuży. Widzę zaznaczony 22 kilometr, u mnie na zegarku 21,5, więc zastanawiam się ile jeszcze… Nagle pokazuje się spory zbieg, puszczam nogi, zbiegam bardzo szybko, nagle pod górkę wjeżdża auto, co prawda bardzo wolno, ale droga jest wąska i muszę się przeciskać między jeżynowymi krzaczorami, a samochodem. Jednak nie zwalniam, widzę już końcową ścianę lasu, wiem, że zaraz ostatnia prosta. Przyspieszam. Oglądam się, nie widzę za mną nikogo, biegnę szybko do mety. Napis na drodze: ,,MECIA” motywuje! Nie patrzę już na zegarek, chcę tylko zostać finiszerem tego biegu. Słyszę jak kibice krzyczą, widzę szarfę! Jest! Zwycięstwo!
Wygrałam ten bieg! Ale się cieszę! Podbiega do mnie Wiola (jedna z organizatorów biegu)  gratuluje, a ja ją proszę o wodę. Szybko mi przynosi całą zgrzewkę! 🙂 Wypijam od razu dwie butelki! 23 sekundy po mnie przybiega druga zawodniczka, gratulujemy sobie.
Jarek:
Teraz już biegnę najszybciej jak mogę. Okazuje się, że ostatni kilometr zrobiłem szybciej niż Ela każdy swój na całej trasie. 🙂 Na zdjęciu widać jak się uśmiecham i spacerowym krokiem przekraczam linię mety. Rzeczywiście nie jestem wyczerpany. Być może nie dałem z siebie wszystkiego, ale cieszę się, że mogłem biec w komforcie. Forma powoli wraca.
Ela:
Pytam znajomych czy już Jarek przybiegł, okazuje się, że kilka minut po mnie. Biegnę, żeby go odszukać i pogratulować, bo super mu poszło. Zjadamy pyszne ciacho, pijemy ciepłą herbatkę i lecimy się przebrać  w suche ubranka. Na rozdaniu nagród trzeba ładnie w kiecce wyglądać. 🙂
Bieg Leśny Cross w Łukcie razem z Biegiem Rzeźnika będzie już stałym punktem w naszym kalendarzu biegowych imprez. Atmosfera jaką robią organizatorzy jest genialna. Czujemy się tu jak w wielkiej rodzinie, gdzie wszyscy są sobie życzliwi i pomocni. Świetnie, że na trasie były 4 punkty żywieniowe, oznaczenia ścieżek prawidłowe. To, że trasa nie była wyłączona z ruchu i po drodze trzeba było mijać się z samochodami jest normalne na tego typu biegach. Jak biegniemy treningowo po szutrze, czy też ulicy też nikt nie zamyka drogi tylko dla nas. 🙂 Trzeba tylko samemu przestrzegać zasad i jest dobrze. Bufet na mecie to super wypas! Grochówa wojskowa, żurek, leczo dla wegetarian, ciasta, napoje – to wszystko czego potrzeba do szczęścia. Cukierek w pudełku razem z chipem od razu cieszył ,,michę”. 🙂Pakiet startowy z super woreczkiem – rewelacja, nagrody bogate, a puchary tak wielkie, że od razu biegacz, który je odbiera czuje się bardzo doceniony za włożony wysiłek. Harcerze jako wolontariusze byli świetni, pomagali odwiązać chipy, a nawet proponowali, że sznurówki zawiążą. 🙂 No i pogoda jak na zamówienie. Pierwsza impreza i od razu poprzeczka zawieszona na dużej wysokości. Dziękujemy Ewo, Aniu, Wiolu, Gosiu, Danielu, Jarku, Czarku i Przemku za super imprezę!!!

Reklamy