Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Relacja Eli z Biegu Rzeźnika

Gdy po pierwszym moim Rzeźniku uczestniczyłam w ceremonii dekoracji z zachwytem patrzyłam na pary, które najszybciej pokonały ten szalony dystans. Pomyślałam wtedy, że też chciałabym stanąć tam, na podium i trzymać w rękach statuetkę przedstawiającą dwa dziki – symbol Biegu Rzeźnika.
Przygotowania zaczęłam już od późnej jesieni. Mój organizm bardzo dobrze reagował na treningi, czułam progres i moc. Jednak w grudniu kontuzja rozcięgna podeszwowego przyczyniła się do tego, że w bieganiu nastąpiła przerwa. Musiałam to wyleczyć, żeby nie było bólu. Wiele wizyt u fizjoterapeutki Marty i mogłam wrócić do treningów. W lutym przeszłam dwie infekcje: grypę i zapalenie zatok, więc znów nastąpiły przerwy w regularnym bieganiu. Osłabiony organizm musiał się zregenerować. Zaczynałam wszystko od nowa. Trenowałam jednak dzielnie, odczuwałam progres i wydolność rosła z każdym dniem.  Przed biegiem byłam dobrej myśli, jednak wiedziałam, że nie jest to forma taka, którą miałam rok temu.

Fot. Jacek Deneka

W tegorocznym biegu Rzeźnika tym razem nie partnerował mi Jarek, jak to miało miejsce w poprzednich czterech startach. Pobiegłam z wyśmienitą biegaczką i mistrzynią Polski na 100 km, biegową kumpelą Gosią Pazda-Pozorską. Reprezentowałyśmy drużynę Polka Sport Girls I.

Po przybyciu do Cisnej, w przeddzień startu ustaliłyśmy co i jak, żeby nie było nieporozumień na trasie. Nasi przyjaciele – Kasia i Maciek oraz  mężowie Jarek i Krzysiek mieli być suportem na punktach, dzięki temu oszczędzałyśmy czas nie przebywając tam zbyt długo.

Gdy z Gosią stanęłyśmy na starcie, byłyśmy pełne radości i euforii, w tle grały Wiewiórki, nasi ukochani byli z nami, robili fotki i wspierali mentalnie, dawali ostatnie wskazówki. Jarek mi szepnął: nie zatrzymuj się, jesteś silna, super pobiegniesz! Ostatni buziak na drogę, strzał z  dubeltówki Mirka (dyrektora biegu) i wystartowałyśmy.

Jarek: Przed samym startem Eli nie czułem dużego zdenerwowania. Było raczej podekscytowanie i… ulga, że nie muszę tym razem się męczyć jak rok wcześniej. Wtedy ,,złomotał” mnie upał. Teraz celebrowałem ten bieg z drugiej strony.

Gdy po kilku kilometrach wbiegłyśmy w las, dało się odczuć wilgotne i parne powietrze. Zwykle przy jeziorkach Duszatyńskich już świta, tak było też tym razem, lekka mgła oraz z dali widok czołówek biegaczy rozciągający się nad wodą i odbijający się w niej. Klimatycznie. W tym miejscu jest dość prosta trasa. Biegłyśmy rytmicznie, co jakiś czas wciągając żel i popijając wodę. Czasem żartowałyśmy, kiedy skończył się szybki zbieg i zaczęła góra: „no i skończyło się rumakowanie” :-).
Jarek: Kiedy jechaliśmy z Krzyśkiem na pierwszy punkt pomiarowy na Przełęcz Żebrak, coraz bardziej zaczęło mi się kotłować w żołądku. Denerwowałem się bardzo i zdałem sobie sprawę z tego, że tak pewnie będzie już do końca. Wolałbym jednak biec, niż stać z boku. W pewnym momencie Krzysiek zapytał mnie czemu tak zamilkłem. Nie panowałem nad tym. Po dotarciu na miejsce spotykam Agnieszkę z Kielc, która czekała tu na męża startującego w biegu. W pewnym momencie czuję, że zbiera mi się na wymioty, oddycham ciężko i bardzo powoli się uspokajam. Nerwy biorą górę. Po jakimś czasie patrzę: jest pierwsza para kobieca, po niej następna. Kurde blaszka! Wreszcie są Ela i Gosia! Uff!

Wiedziałyśmy, że na 17 km czekają na nas nasi panowie, którzy poinformują o tym, które z kolei jesteśmy i jaką mamy ewentualną stratę. Z radością minęłyśmy matę, gdzie było kilkoro kibiców (bo to wczesna godzina)  i również nasi najwierniejsi – Jarek i Krzysiek. Krzyknęli nam, że jesteśmy na 3 miejscu.

Jarek: Patrzę na Elę i uśmiecham się, żeby nie widziała, jak jestem spięty. Ona wykonuje gest, który mówi mi, że jest średnio. Po biegu powie, że na początku miała kryzysy. Informuję Gosię, że mają 2,5 minuty straty do pierwszych dziewczyn. Pytam Eli jak jest.
– Nie przeszkadzaj – mówi Gosia. – A ty biegnij – nakazuje Eli. I to jest dla mnie super sprawa. Nie pozwala Eli na rozczulanie się nad sobą. Gosia całkowicie przejęła kontrolę nad teamem, a ja jestem z tego bardzo zadowolony. Jednak nerwy i niepokój mnie nie opuszczają.  

Pomyślałam, że to dopiero początek, trzeba robić swoje i się nie spinać. Biegłam więc. Piękny wschód słońca jaśniał już na skraju lasu.  Gosia stwierdza, że trasą jest lekko rozczarowana, gdyż nie widać gór, odpowiadam, że jak wyjdziemy z Cisnej, podejdziemy „kawałeczek” to będzie jej się bardzo podobało :-). Gosia pstryka kilka fotek. Wyprzedziłyśmy dwie pary dziewczyn, które były przed nami. Spokojnie napierałyśmy naprzód i nagle zza lasu pojawiła się Cisna! Euforia, gdy ujrzałam kibiców, znajomych i to, że jesteśmy pierwsze na punkcie! Cudowne uczucie!  Szybkie zjedzenie arbuzów, pomarańczy i popicie ich colą, zabranie kijków i w drogę! To wszystko zajęło nam tylko 3 minuty 🙂

Foto: Jarek Rowicki

Jarek: W Cisnej rozlokowujemy się w miejscu przeznaczonym dla suportów. Teraz jest z nami już Kasia, Maciek i córka Gosi i Krzyśka – Zuzia. Nie mogę stać w miejscu. Wychodzę dalej i ustawiam się przed Orlikiem. Spotykam Jarka i Czarka, przyjaciół z Leśnego Crossu. Cieszę się, że przyszli. Potem Czarek powie Eli, że nie było ze mną żadnego kontaktu i jeszcze tak zdenerwowanego mnie nie widział. Patrzę, pędzi Gosia! Po chwili jest Ela. Mówię jej, że są pierwsze.
– Wiem – odpowiada. Oddycham swobodniej. Uff!

Fot. Dominika Wrona

Wiedziałam, że czeka nas teraz długie, żmudne podejście na szczyt Jasło. Pojawił się lekki kryzys, pamiętałam, co Gosia powiedziała mi na początku: musimy posuwać się naprzód, choćbyś szła noga za nogą, ale nie wolno ci stanąć. Szłam więc pod tą górę, a Gosia wciskała we mnie żel z kofeiną doskonale wiedząc, że postawi mnie to szybko na nogi. I tak się stało, bateryjka została naładowana i ruszyłam pod górę mocniej i szybciej przebierając nogami. Było coraz bardziej gorąco, słońce paliło, pić się chciało, a tu podejścia, wciąż podejścia…

Fot. Magdalena Sedlak

Miałyśmy chwilę, by trochę pogadać. W pewnym momencie  mówię Gosi, że biegnę dla Jarka, oraz dla Zuzi i Maćka – moich dzieci, a także dla niej. Ona na to: ok. Ela, no to jedziemy z tematem, do przodu, napieraj! Jej motywacja często dodawała mi sił.
Jarek: Zostawiamy samochód na parkingu i idziemy dwa kilometry do punktu żywieniowego.

fot. Kasia Firlong

Zaczyna robić się cieplej. Dostajemy telefon od Gosi, że Ela będzie zmieniać buty. Szybko wszystko przygotowuję, nawet skarpetki mam na zmianę. Wyjmuję też apteczkę, tak na wszelki wypadek. Na moment serce mi zamiera, gdy najpierw widzę ich przeciwniczki. Po chwili są już Ela z Gosią. Zdejmuję Eli buty, zakładam nowe. Wszyscy działamy, jak w pit stopie w formule 1. Widzę na twarzy Eli cierpienie – później okaże się, że biegła prawie cały dystans z bąblem na stopie. Widać, że jest zmęczona. Słońce przypala coraz bardziej.

Liczyłyśmy kilometry, jakie zostały do punktu w Smereku. Wreszcie! Jest! Nasi czekają z piciem – cudowną lemoniadą roboty Kasi, chwyciłam cały dzbanek i wypiłam chyba pół. Niesamowite jest zorganizowanie naszej ekipy. Przed Smerekiem otrzymali wiadomość, że będę zmieniać buty. Wpadamy na punkt, a tu przygotowane i pięknie ułożone: buty i skarpety na zmianę. Jarek odwiązuje mi czip. Wkładam stopy w suche buty, pijemy jeszcze colę i lecimy po arbuzy. Bierzemy po kilka kawałków w rękę i szybkim krokiem idziemy dalej. Wbiegłyśmy na punkt jako drugie wśród kobiet,  jednak wychodzimy już jako pierwsze. Gosia pyta Kasi, jaką stratę mają one do nas. Po jej odpowiedzi  po żołniersku mówi mi, żebym zaczęła biec, więc w  odpowiedzi grzecznie ruszam do przodu.

Słońce przypieka coraz bardziej i zaczyna być duszno.  Napieramy. Paportna – stromy szczyt daje się we znaki. Jest  tam mnóstwo błota, które wciąga buty :-), dosłownie je zasysa.
To powoduje, że traci się sporo energii. Podchodzimy noga za nogą wciąż się ślizgając. Świeżo założone buty są już całe w błocie, jednak ta zmian dobrze zrobiła moim stopom, gdyż od wielu kilometrów mam na śródstopiu wielki pęcherz, który uwiera niczym kamyk. Bagatelizuję to i napieram dalej. Kolejna góra – Rabia Skała również jest długa i stroma.
Podejście,  zbieg, podejście, zbieg, jedzenie, picie. Gosia dba o to, żeby regularnie dostarczać nam energię.  To bardzo ważne, żeby jeść. Gdy się o tym zapomina, dość  szybko można się wyeksploatować.  W  górach szybko traci się siły. Fantastycznie, że wzięłam kije. Bardzo pomagają mi przy podejściach. Nagle słońce przykryły chmury, w dali dało się słyszeć dziwne pomruki. Tak, to burza. Obie się jej boimy, jednak pocieszałyśmy się, że na pewno przejdzie bokiem :-). Gosia zachwycona widokami – wreszcie widać góry, pstryka zdjęcia. Niesamowite wrażenie robią lapiężniki – rośliny o ogromnych liściach, które sięgają nam po pas. Brniemy przez nie śmiejąc się, ile to kleszczy będziemy potem wyciągać 🙂
Po kilku kilometrach słyszymy mocniejszy grzmot. Pociemniało i zaczęło padać, najpierw delikatnie, potem coraz mocniej. Burza jest już nad nami, błyska się, grzmi, a my biegniemy – przez połoniny, poza lasem, zupełnie na odkrytym polu. Słyszę, jak Gosia modli się głośno. Wtedy naprawdę się bałyśmy. Wbiegłyśmy na szczyt i znów pojawił się ostry zbieg. Jest już ślisko i bardzo mokro, woda płynie strumieniem po szlaku.  Zaliczam upadek. Lekkie otarcie łokcia, ale jestem cała. Napieramy dalej. Mijamy turystów, którzy uśmiechają się i kibicują nam. To jest bardzo miłe i motywuje do dalszego biegu.

Jarek: Cieszę się, że słońce zaszło. Kiedy jedziemy samochodem do trzeciego punktu żywieniowego zaczyna mocno padać. Zdaję sobie sprawę z tego, że z naszej kwatery nie wziąłem Eli kurtki, którą miałem wcześniej. Sam też się w taką nie zaopatrzyłem. A niech to szlag! Czekamy w deszczu. W pewnym momencie gram z Zuzią w rzucanie kamykami do celu. To nie uspokaja, ale czas mija szybciej. Wreszcie są! Na pierwszym miejscu! Oddycham głęboko. Podaję Eli pomidorową. Wypija ją. Całuję ją w jej umorusane usta. Widzę, że jest z nią dużo lepiej, niż na poprzednim punkcie. Zmiana pogody wpłynęła na nią pozytywnie. Ekstra! Nieco się uspokajam.

To już  Roztoki, trzeci punktu żywieniowy. Podbiega do nas uśmiechnięta Kasia i przedstawia całe menu – zupa pomidorowa, gulaszowa, rosół. Ja pytam Gosi co mam zjeść. To na jest szefem w tym teamie (aczkolwiek wcześniej tego nie ustalałyśmy) i ufam jej w tych kwestiach. Jest doświadczoną ultraską. Mówi, żeby zjeść trochę zupy. Jarek podaje mi kubeczek. Popijam łyk ciepłej pomidorowej. Lecimy po arbuzy i pomarańcze. Wybiegamy szybko z punktu.Znów słyszymy grzmoty. Nie wiemy już czy to kolejna burza czy wciąż ta sama. Leje deszcz.  Czeka na nas mocne, długie i błotniste podejście na szczyt Hyrlatej. Podchodzimy „po błocku skisłym w deszcz i wiatr, nie za szybko, kroki drobiąc….” Te słowa piosenki mam w głowie i jeszcze inne, bo podczas ultra lepiej nie gadać, żeby nie tracić energii, więc śpiewam – w myślach :-).
Krok za krokiem, kijki wbijają się w gliniaste błoto, a nogi w nim zapadają . Wiem, że meta jest coraz bliżej i ta myśl mi pomaga. Docieramy wreszcie na szczyt. Teraz z niego trzeba zbiec. Jest bardzo ślisko, woda płynie strumieniem, a w niej ruchome kamienie i wystające korzenie. Szybki zbieg jest już na granicy ryzyka. Z każdym krokiem nogi się ślizgają po takiej nawierzchni. Zbiegamy więc truchtem z kijkami w rękach (Gosia podpierała się jednym, a ja drugim). Znów zaliczyłam wywrotkę, jednak nie przejmuję się tym i biegnę dalej…

Jarek: Pada deszcz. Na ostatnim pomiarze czasu w Lisznej czekamy dość długo. Zaczynam puszczać ,,kaczki” w rzeczce i po chwili Zuzia się do mnie przyłącza. Maciek i Kasia wychodzą dalej na szosę jako nasza forpoczta i wypatrują dziewczyn. Niepokój narasta. Cieszę się, że to już zaraz koniec. Wreszcie są! Biegną bez zatrzymania. Robię im zdjęcia, a one po kładce zrobionej z palet przeskakują na drugi brzeg. Teraz zostało 5 km i najbardziej mordercze podejście. Jedziemy na metę.

Eh, przez ten cholerny zbieg długo na nas czekali nasi przyjaciele na ostatnim punkcie kontrolnym w Lisznej. Wbiegamy tam jako pierwsze kobiety.

Fot. Joanna Błasiak – Wielgus

To już 75 kilometr. Nie uzupełniamy picia, gdyż mamy zapas.                                                        Fot. Kasia Firlong

Wydaje się, że to już bardzo blisko, jednak teraz po przejściu przez rzeczkę czeka nas strome podejście na szczyt Rożki. To niepozorna górka, a jednak bardzo stroma i długa. Tam zaliczam dwa bolesne upadki, zdzieram kolano i obijam nadgarstek. W sumie przez to zapominam o bolącej stopie 🙂 .  Rożki to górka złudna – wydaje ci się, że już jesteś na górze, już witasz się z gąską, a tu wyrasta kolejne strome wzniesienie. Wiemy, że naprawdę blisko już meta, jeszcze tylko jeden długi zbieg.
Przyspieszamy kroku, czujemy na sobie oddech dziewczyn – drugiej pary kobiecej, która nas goni, choć ich nie widzimy. Dobiegamy do miejsca, gdzie szlak przecina droga asfaltowa. Tam stoją wolontariusze i mówią nam, że do mety zostało około 700 metrów. Trzeba jednak uważać, bo zbieg, jest niebezpieczny, ślisko i pełno wystających korzeni. Sił mam coraz mniej, jednak napieramy, mijamy chłopaków, którzy mówią nam, że dziewczyny nas gonią i są za nami 2 minuty. Przyspieszamy. Mnóstwo błota i wody. Zauważyłyśmy goniące nas dziewczyny i  okazało się, że są już bardzo blisko nas. Do mety jeszcze malutka górka, na którą nie mogę podejść, bo buty się ślizgają na rozmiękłej nawierzchni.  Dobiegamy do mostka, zaliczam glebę, dosłownie ryję w błoto.

Fot. Foto Januszewski

Dziewczyny nas mijają. Podnoszę się, Gosia sprintem leci do mety. Biegnę jak najszybciej mogę po tych 80 km. Słyszę wielki doping naszych kibiców. Wpadam na metę 8 sekund po naszych przeciwniczkach. Płaczę, jestem zła, smutna, zawiedziona. To pierwsze emocje. Po chwili widzę Jarka, Gosię, Kasię, Maćka i Krzyśka. Dziennikarze robią nam zdjęcia, zadają pytania. Dociera do mnie, że mam drugie miejsce w Biegu Rzeźnika. To jest coś! Ściskam Gosię, dziękuję jej, przytulam się do Jarka, podchodzą do nas znajomi, którzy nam kibicowali. To cudowne, fajne chwile i warte zatrzymania w pamięci!

To było 12 i pół niesamowitych godzin pełnych trudu, czasem bólu, radości, strachu, śmiechu i błota. Gosia jest świetnym motywatorem, organizatorką czasu na punktach i w ogóle fantastyczną dziewczyną. Bardzo dobrze się nam razem biegło. Ufałam jej bezgranicznie podczas biegu, stworzyłyśmy świetną drużynę, która często porozumiewała się bez słów. Gosia jest super „ogarniaczem” czasu na punktach, wie co i kiedy zjeść czy pić. Wspierała dobrym słowem, często niezbyt cenzuralnym 😉

Nasz suport wykazał się wspaniałą organizacją i logistyką. To świetni ludzie, którzy byli na każdym punkcie żywieniowym. Czekali na nas, uzupełniali pożywienie i napoje, służyli pomocą w każdej chwili. Nie mówiąc już o tym, że Jarek i Krzysiek przyjechali z nami na start o 2 w nocy. To jest dopiero Dream Team! Kasiu, Jarku, Maćku, Krzyśku, bardzo Wam dziękuję.

fot. Krzysztof Pozorski

Wiara Jarka we mnie dodawała mi skrzydeł. W każdej chwili zwątpienia myślałam o tym, co mi mówił: nie zatrzymuj się, nie odpuszczaj. Zawsze, kiedy mijałyśmy rywalizujące z nami dziewczyny myślałam o tym, że Jarek będzie się cieszył jak zobaczy nas pierwsze na punkcie pomiarowym. Przez cały okres przygotowań do Rzeźnika wymyślał mi treningi, biegał ze mną, a po kontuzji czy chorobie ustalał najbardziej właściwe, tak, żeby mnie nie zamęczyć, a osiągnąć progres. To była ekwilibrystyka! Dziękuję mu za to!                                                Fot. Michał Złotowski

Moje marzenie się spełniło. Wystąpiłam na podium w Biegu Rzeźnika. Zdobyłam słynną rzeźnicką statuetkę z dzikami! Jestem bardzo zadowolona! Jednak to nie koniec! Trenuję dalej i spotkamy się w Biesach znowu za rok! 8 sekund zobowiązuje 😉

Jarek: Marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia. Nie wiedziałem całkowicie na ile Elę stać, po tych wszystkich zdrowotnych perypetiach. Pokazała charakter, ale to już znam bardzo dobrze. W końcu sporo życia razem przeżyliśmy 🙂 . Jestem z niej cholernie dumny, to twardzielka.
Ekipę suportową mieliśmy genialną. Kasia, Krzysiek, Maciek i Zuzia robili robotę, że hej. Świetny czas z Wami spędziłem. Wiem, że czasami nie było ze mną kontaktu 🙂
, ale nie mogło inaczej być, bo z nerwów mało nie eksplodowałem. Wolałbym jednak biec, niż patrzeć na to wszystko z boku.
Gosia – dziękuję! Jesteś nie do zdarcia! Nigdy nie zapomnę tych emocji. Następnego dnia po raz pierwszy nie czułem żadnych emocji przed biegiem (startowałem w Rzeźniczku). Cały stres wyczerpałem na bieg Eli 🙂
.

Bardzo dziękuję przede wszystkim Kasi Półtorak z Polka Sport, która była sponsorem naszego startu, a także ubrała mnie i Gosię od stóp do głów: koszulki, spódniczki rzeźnickie i kolorowe skarpety kompresyjne. Wyglądałyśmy świetnie i rzucałyśmy się w oczy :-).


Mój powrót do dyspozycji po chorobach i wzrost odporności to zasługa przyjmowania suplementów i napojów probiotycznych ProBioSport JoyDay  od Living Food.
Na górskich ścieżkach bardzo dobrze spisał się biustonosz sportowy Panachesport, za co chcę podziękować dystrybutorowi marki, który wspiera mnie sprzętowo 🙂

 

Reklamy