Tagi

, , , , , , , ,

Postanowiliśmy w tym roku część urlopu spędzić w Tatrach. Dla Eli to pierwszy wypad w te góry, Jarek kiedyś często tu bywał na obozach wędrownych.

Dzień pierwszy – na Giewont!
Po całonocnej podróży autokarem nie odczuwaliśmy wielkiego zmęczenia. Góry powitały nas piękną, słoneczną pogodą. Nasz zarezerwowany wcześniej pokój , mogliśmy „zasiedlić” dopiero od godz. 14, a była dopiero 7, więc nie chcąc budzić zbyt wcześnie właścicieli postanowiliśmy przespacerować się po Zakopanem. Spakowani byliśmy minimalistycznie, więc plecaki zbyt nam nie ciążyły. Słoneczna pogoda nam sprzyjała. Szliśmy rozglądając się i delektując porannym spokojem tego miasteczka, w dali stateczny Giewont zapraszał nas w swe progi.

Zjedliśmy pyszne śniadanie, przeszliśmy się po Krupówkach jeszcze cichych i niezbyt gwarnych. Zahaczyliśmy o informację turystyczną, gdzie kupiliśmy mapę,  potem udaliśmy się na nasza kwaterę.
Przebrani, z plecaczkami biegowymi na plecach wyszliśmy  w kierunku – no właśnie, początkowo w sumie nie wiedzieliśmy dokąd się dziś udać po nieprzespanej nocy. Nie chcieliśmy się zbyt forsować. Pani w IT zaproponowała marsz Doliną Strążyską. Skierowaliśmy swe kroki więc tam J Upał dawał się już we znaki, droga z Zakopanego do Doliny Strążyskiej wiedzie przez ulice, więc było mega gorąco. Po drodze napełniliśmy flaski izotonikiem, pożywiliśmy się borówkami, banany schowaliśmy na dalszą drogę.
Po ok. 2 km ujrzeliśmy wejście do Parku, kupiliśmy bilety i kierujemy się czerwonym szlakiem. Czasem biegniemy, często przystajemy robiąc zdjęcia. Jest przepięknie! Ela co chwilę wydaje z siebie okrzyki zachwytu i radości. Uśmiechamy się. Jak dobrze, że choć na kilka dni udało nam się tu przyjechać! Cieszymy się jak dzieci. W Dolinie mnóstwo jest potoków, strumyków, więc spokojnie można uzupełnić bukłak w wodę. Gdy dochodzimy do miejsca, gdzie szlaki się rozdzielają, postanawiamy  dalej iść czerwonym szlakiem – na Giewont.

Biegniemy Ścieżką nad Reglami przez Dolinę Grzybowiecką, dalej przez Grzybowie już jest tylko podchodzenie do góry. Widać stąd niesamowite żleby, w których wysoko gdzieś jeszcze zalega śnieg, wysokie szczyty Czerwonych Wierchów, mijamy Mały Giewont. Delikatnie biegniemy przez Przełęcz Giewoncką, widzimy po prawej stronie urwiska i skały, a w dali cudnej urody krajobraz górski.

Docieramy do Czerwonej Przełęczy – miejsca, gdzie są ławeczki, rozdzielają się tu szlaki, widzimy mnóstwo ludzi. My tam wbiegamy – wzbudzamy zainteresowanie. Jesteśmy inaczej ubrani niż wszyscy i nie siedzimy na ławeczce tylko od razu idziemy na górę.

Ela w pewnym momencie się zawahała, było to jej pierwsze wejście na szczyt, gdzie trzeba było się posiłkować łańcuchami. Wszędzie skały, wyślizgane kamienie, łatwo można tu spaść. Zmotywowana przez Jarka dała radę! Śmigała w górę jak kozica! Na górze szybkie zdjęcie z panoramą Zakopanego i w dół. Giewont to bardzo oblegane miejsce, a przez to mało przyjemne w kontemplacji. Cóż,  pewnie rano o 6 nie ma tu nikogo…

Gdy zeszliśmy, szybko zjedliśmy II śniadanie i hajda w dół! Zbiegaliśmy po skałkach, ludzie nam ustępowali miejsca, podziwiali i uśmiechali się do nas. Zbiegaliśmy niebieskim szlakiem w stronę Hali Kondratowej. Dobiegliśmy do schroniska, tam odpoczęliśmy na trawie popijając energetyczny brązowy napój i wsłuchując się w szum wiatru gdzieś na turniach:-)  Ela bardzo chciała poczuć ten klimat schroniska, wypić tam gorącą czekoladę, jednak upał był bardzo duży i wypiliśmy tylko colę 🙂 Upajaliśmy się widokami, sobą i chłonęliśmy atmosferę miejsca. Do Kuźnic zbiegaliśmy spokojnie, minęliśmy stado owiec pasących się na łące, pomoczyliśmy nogi w mocno (brrrr) zimnym potoku i dobiegliśmy stamtąd do Zakopanego.
(dystans ok. 10 km)

Gdy dotarliśmy do naszej kwatery, byliśmy tak zmęczeni, że po posiłku szybko poszliśmy spać, a była to godzina ok. 17!!! 🙂 Regeneracja rzecz najważniejsza!

Dzień drugi – Kasprowy Wierch i Czerwone Wierchy
Wyspani i świeżutcy wstaliśmy niczym skowronki raniutko i szybko wyszliśmy na śniadanie. Niedaleko nas serwują świetne kanapki z mozarellą, więc śniadanko było pierwsza klasa!
Jeszcze tylko uzupełnienie flasków, zaopatrzenie na drogę, sprawdzenie prognozy pogody (Asia i grupa „Zakopane” na Facebooku:-)) i lecimy! Tym razem do Kuźnic. To odległa od Zakopanego ok. 2,5 km baza wypadowa na wiele szlaków tatrzańskich.  Kursują tam busiki, jednak my, rzecz jasna, tam maszerujemy 🙂

W Kuźnicach kierujemy się prosto na zielony szlak prowadzący na Kasprowy Wierch, wcześniej kupujemy bilet wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ludzi na szlaku jest niewiele, może dlatego, że to taka wczesna godzina (około 8), choć wiemy, że w góry wychodzi się dużo wcześniej, dlatego nas dziwi tak niewielka ilość osób. Chyba, że już wszyscy są na Kasprowym 😉
Wchodzimy w las, tu jest tylko pod górę, choć są miejscami fragmenty gdzie można fajnie biec. Nie podbiegamy podejść, bo w sumie nie chcemy się zbyt forsować. Za dwa tygodnie mamy bieg 50 km i przyjazd tu to nie ciężka harówka, ale zahartowanie organizmu, lekkie pomęczenie go 🙂

W porównaniu z wczorajszym wchodzeniem na Giewont, ten szlak jest dużo bardziej wymagający. To nie znaczy, że jest nam ciężko. Przeciwnie. Wchodzimy szybko, mijamy ludzi, biegniemy gdy jest w miarę bezpiecznie i równo. Bardzo spodobał nam się ten szlak. Dochodzimy do miejsca gdzie kończy się las, a zaczynają skałki, luźne kamienie, z dali już widać stacje meteo na Kasprowym. Zachwycamy się widokami! Jest pięknie!

Ela wciąż jest zachwycona i robi mnóstwo zdjęć. Jarek zwykle podchodzi szybciej, zapoznaje się z terenem 😉 Dochodzimy na Kasprowy Wierch, jest trochę chłodniej, słonce co prawda świeci, jednak duży wiatr rozwiewa nam włosy. Elę już w połowie trasy bardzo rozbolała głowa i szybko pędzi po filiżankę kawy do kawiarni „Poziom 1959”. 

Gdy zobaczyliśmy ten ogrom turystów przywiezionych przez kolejkę, w japonkach (!!!), sandałkach, z papierosami, wylegujących się na leżaczkach widokowych, bardzo szybko postanowiliśmy stamtąd uciekać. To nie nasze klimaty. Nawet foty żadnej nie zrobiliśmy . Dopiliśmy kawę, zjedliśmy co nieco i w drogę – na Czerwone Wierchy.

Idąc szlakiem i mijając szczyt Kasprowego zauważyliśmy pana z szufelką i zmiotką! Sprzątał na skałkach po turystach! Nie do wiary! Zobaczyliśmy, jak ludzie wepchnęli między skały jakieś chusteczki, zostawili gdzieś butelkę po wodzie. Brak słów! Odchodząc na chwilę, żeby odpocząć  na trawce, w stronę żółtego szlaku z Kasprowego na Halę Gąsienicową, ujrzeliśmy fantastyczny szlak prowadzący na słowacką stronę Tatr – przez Tichą Dolinę.

Pomyśleliśmy, że następnym razem tamtędy polecimy. Tym razem jednak w planie były Czerwone Wierchy – tak długo mieliśmy iść aż do momentu, gdy będziemy mogli bezpiecznie, jeszcze za dnia zejść z gór. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy więc czerwonym szlakiem w stronę Kopy Kondrackiej. Bardzo nam się tu podobało! Było tu trochę wędrowców, nawet rodzin z dziećmi, choć szlak do łatwych nie należy.

Prowadzi przez skały, po których nieuważne postawienie stopy grozi skręceniem lub upadkiem na kamienie. Jest to szlak na wysokości ponad 1900 m. Weszliśmy na Goryczkową Czubę (1913), minęliśmy Suche Czuby, z dali przepięknie prezentował się Giewont.

Niektórzy siedzieli na skałkach i podziwiali widoki. Ela też chciała usiąść, pokontemplować, popatrzeć na mapę, na góry, Jarek jednak twierdził, że trzeba napierać naprzód. W dali widać było trochę kłębiących się ciemnych chmur. Ela spytała Jarka – jak myślisz? Będzie burza? Na to Jarek: Nie!  – szybko odpowiedział, choć już przypuszczał, że może nie być ciekawie, ale nie chciał wystraszyć Eli, gdyż wiedział, że bardzo boi się burzy. Ela pomyślała, że ten ból głowy mógł być spowodowany właśnie zmieniającym się ciśnieniem, które powodowała burza.

Nagle pociemniało, kilka kropel deszczu spadło z nieba. Zbliżaliśmy się właśnie do szlaku zielonego prowadzącego do Hali Kondratowej, z oddali było nawet widać schronisko.

Wtem błyskawice przecięły niebo i zagrzmiało. Przyspieszyliśmy kroku. Wiedzieliśmy, że natychmiast powinniśmy zejść z grani, nim burza na dobre się rozszaleje. Schodziliśmy szybkim krokiem, mijaliśmy turystów, również tych z dziećmi, którzy uciekali przed burzą.

W biegu nałożyliśmy kurtki.  Na Giewoncie widać było czarne chmury, wiatr gnał je w naszą stronę, zaczął padać grad. Skałki po których szybkim krokiem szliśmy były śliskie i bardzo niebezpieczne. Schronisko, choć z góry wydawało się bardzo blisko, okazało się bardzo, bardzo odległe. Burza rozszalała się na dobre. Jednak my byliśmy już dużo poniżej grani, czuliśmy się trochę bezpieczniej niż na górze.

Poza tym mieliśmy wrażenie, że jednak oddaliliśmy się od burzy. Wpadliśmy do schroniska na Kondratowej, w którym już nawet igła by się nie zmieściła, tyle było tam ludzi. Jakoś udało nam się wcisnąć do środka. Kupiliśmy peleryny przeciwdeszczowe, wypiliśmy gorącą czekoladę i czym prędzej ruszyliśmy dalej. Padał już tylko deszcz, burza pomrukiwała jeszcze gdzieś daleko…

Pomyśleliśmy, że gdybyśmy na Czerwonych Wierchach pozwolili sobie na leżenie, kontemplowanie, bylibyśmy jakieś pół godziny w drodze do zielonego szlaku, którym mogliśmy zejść z grani… A mijaliśmy tam tyle rodzin z dziećmi. Gdzie oni się schronili przed burzą? Mało tego, widzieliśmy jak podczas burzy ktoś jeszcze wchodził na górę! Odważny (?) gość! W dali słyszymy właśnie śmigłowiec TOPRu. Kilka razy latali nad halą Kondratową. Okazało się, że w okolicy Giewontu piorun poraził 3 osoby! Podobno na szczycie podczas burzy było około 90 osób!

Szczęśliwie wróciliśmy do Zakopanego, mokrzy, ale zadowoleni z dzisiejszej wycieczki. W takim razie szybka decyzja: jutro ciąg dalszy wędrówki na Czerwone Wierchy! Dziś za to mieliśmy sporo czasu, żeby zwyczajnie połazić po mieście, Ela musiała kupić soczewki kontaktowe, gdyż te, które miała się uszkodziły się, zjeść pierogi i spróbować placków, zajść do księgarni na Krupówkach oraz spotkać się z koleżanką Moniką, która również przyjechała powędrować po górach. Wróciliśmy do kwatery późnym wieczorem.
(dystans: ok. 11 km)

Dzień trzeci: Czerwone Wierchy.

Zaplanowaliśmy dziś wycieczkę Ścieżką nad Reglami. Z Kuźnic skierowaliśmy się na niebiesko czarny szlak w kierunku Kalatówek. Przy Szerokich Kalackich szlak przechodzi w czarny, skręciliśmy więc w las w kierunku Doliny Białego. Było mgliście, krople deszczu spadały z drzew, idziemy w górę, szlak zupełnie pusty o tej porze. Jarek czujnie lustrował okolicę, krajobraz przypominał dżunglę amazońską 😉 Żadnego dzikiego zwierza nie spotkaliśmy na szczęście 🙂


Minęliśmy szlak żółty skręcający w lewo, w Dolinę Białego, zaczęliśmy wdrapywać się na Sarnią Skałę.

Tam spotkaliśmy kilka osób, wśród nich znajomych, których poznaliśmy w czasie  burzy w schronisku. Z Sarniej Skały rozciągał się piękny widok, jednak sporo szczytów jeszcze było we mgle.

Stamtąd długim zbiegiem podążaliśmy cały czas czarnym szlakiem. Dobiegliśmy na Polanę Strążyską, gdzie zjedliśmy małe co nieco i pobiegliśmy dalej czarnym szlakiem Doliną Grzybowiecką.

Przed Doliną Małej Łąki w lesie ujrzeliśmy cudnej urody chatkę góralską. Nikt tam nie mieszkał, ale przycupnęliśmy sobie przy niej, żeby zjeść kanapkę i chwilę odpocząć.

Chmury zaczęły się przerzedzać i wyszło słońce. Widać było z oddali szczyty gór. Dobiegliśmy do miejsca, z którego odchodzą trzy szlaki – Przysłop Miętusi (1189). Spotkaliśmy tu sporo osób, które siedziały na łące i zastanawiały się którędy dalej iść, lub tez inne, które sobie zrobiły tu piknik. My zdecydowaliśmy się pójść szlakiem niebieskim, który prowadził w kierunku Czerwonych Wierchów, a dokładnie na Małołączniak (2096).

Pomyśleliśmy, że z 1189 m przejść na 2096 to jest pewnie cały czas w górę. I tak rzeczywiście było.

Szlak błotnisto- kamienisty, po jakimś czasie droga leśna przeradza się w drogę skalną. Gdy wyszliśmy z lasu zobaczyliśmy piękne widoki, aż dech zapierało! Jednak mocno trzeba było się skupiać na podłożu, gdyż luźne kamienie, skały mogły spowodować nieostrożny krok, a co za tym idzie skręcenie kostki. Na szlaku spotkaliśmy już kilka osób które szły pod górę. Wyprzedziliśmy je i doszliśmy do łańcuchów w Kobylarzowym Żlebie, które pomagają wejść po śliskich skałkach w górę. Ale do szczytu jeszcze była długa droga. Spotkaliśmy kilka kozic, które świetnie  się czują  na takim podłożu.

 

 

 

 

 

 

Zaczął wiać bardzo zimny wiatr. My powoli i konsekwentnie dążyliśmy w kierunku Małołączniaka.

Gdy byliśmy na szczycie chwilę tam posiedzieliśmy, pożywiliśmy się i widząc jak ciemnego koloru chmury zbierają się gdzieś nad Ciemniakiem (!), postanowiliśmy już nie brnąć w tamtym kierunku, tylko zejść na Kopę Kondracką (2004) i stamtąd żółtym szlakiem do Przełęczy oraz niebieskim Doliną Kondratową do schroniska, w którym wypiliśmy gorącą czekoladę 🙂 i stamtąd do Kuźnic. Z Kuźnic do Zakopanego sobie trochę podbiegliśmy (musieliśmy jakoś ominąć te tłumy wracające z kolejki), więc końcówka była z przytupem.
Ta wyprawa miała około 30 km.

 

 

 

 

 

 

Dzień czwarty – Nosal, Hala Gąsienicowa, Gęsia Szyja

Umówiliśmy się wcześniej na wspólną biegową wędrówkę z biegaczką Agnieszką, która akurat tu przyjechała ze swoim obozem dla dzieciaków. Miała dziś trochę wolnego więc chętnie przystała na nasze wspólne bieganie po górach.


Z Zakopanego skierowaliśmy się na zielony szlak, który prowadził na Nosal (1206). Tam spotkaliśmy biegającą rankiem kumpelę Dorotę (z tego samego obozu co Agnieszka 🙂 ). Fotka i lecimy dalej: Z zielonego szlaku zeszliśmy na niebieski w kierunku Hali Gąsienicowej. Rozmowom nie było końca, nawet nie spostrzegliśmy kiedy doszliśmy do kultowego schroniska  „Murowaniec”. Tak, wiemy, że tam przepyszna szarlotka jest, ale myśmy zjedli sobie inne danie: kaszę jaglaną z jabłkami – rewelacja! Daje powera i trzyma przez kilka godzin. Wypiliśmy kawkę, pogawędziliśmy patrząc na góry i pognaliśmy dalej niebieskim szlakiem do Czarnego Stawu Gąsienicowego.

Widok dech zapierał w piersi. Z dala widać było Kościelec i maleńkie ludziki, które mozolnie się na niego wspinały. W tej okolicy było sporo turystów, jest to bowiem szlak, który prowadzi w kierunku Doliny Pięciu Stawów.

My zdecydowaliśmy się dziś wrócić znów do Hali Gąsienicowej i pójść zielonym szlakiem w kierunku Gęsiej Szyi (1489), ponieważ nie było tyle czasu, żebyśmy mogli dojść w okolice Pięciu Stawów i za dnia stamtąd wrócić.

  

Więc z Murowańca szliśmy sobie Starym Borem przez Dolinę Pańszczyca do Waksmundzkiej Rówieni, na Gęsią Szyję,

stamtąd musieliśmy zejść znów zielonym szlakiem i skierować się  na Waksmundzką Polanę. Minęliśmy Psią Trawkę i oczom naszym ukazał się piękny widok: stado owiec pilnowane przez prawdziwego owczarka górskiego!   Trochę obawialiśmy się, że nas nie przepuści, gdyż leżał sobie na ścieżce, którą mieliśmy przejść, jednak gdy zaczęliśmy się zbliżać, piesek grzecznie wstał, żeby nas przepuścić. Musiał być dobrze wytresowany. Za chwilkę spotkaliśmy juhasa, który uderzył z nami w miłą i ciekawą pogawędkę. Uwielbiamy takie klimaty! Opowiadał nam o niedźwiedziach, o tym, jak dobrze psy pilnują owieczek i o tym, gdzie on tutaj nocuje. Mimo, iż było tam mnóstwo małych góralskich chatek, on nocował w czymś, co przypominało dużą budę dla psa, a które było postawione w miejscu, gdzie owce przebywają w nocy. To jest dopiero hardcore! 🙂

     

Stamtąd jeszcze cały czas czerwonym szlakiem lecieliśmy w stronę Cyrhli, jednak w pewnym miejscu odbiliśmy na zielony w kierunku Wielkiego Kopieńca, stamtąd przez Dolinę Olczyska, Przełęcz Nosalową i Dolinę Bystrej do Kuźnic i Zakopanego .

Na tym szlaku było mnóstwo potoków i strumieni, spokojnie można było sobie wody nabrać w bukłaczek, napić się, odświeżyć. To jest fantastyczne w tych górach!

   

Na koniec zalecieliśmy do bacy, który sprzedawał oscypki, Agnieszka zapytała nas czy piliśmy żętycę. Ignoranci z nas, ale za nic nie wiedzieliśmy co to jest, góral powiedział, że ma skopek tego dziwnego napoju więc spróbowaliśmy! To było przepyszne!Żętyca to zsiadłe mleko owcze! Po 30 kilometrach w górach smakuje jak napój bogów!
Stamtąd udaliśmy się do Ośrodka Kurant, gdzie posililiśmy się smakowicie, dzięki Aga za zaproszenie! Było pysznie!

(dystans dziś: ponad 30 km)

Fantastycznie było pobiegać po Tatrach, choć przed nami wiele jeszcze nieodkrytych przez nas szlaków, wiemy jedno: góry są piękne, ale jednocześnie mamy ogromny do nich dystans. Wiemy, jak niebezpiecznie może być podczas burzy oraz jak śliskie są kamienie na szlaku.   Poczuliśmy ten klimat, wiatr nam rozwiewał włosy na grani. Przeżyliśmy tam fantastyczne chwile razem. To nic, że droga z Mazur w Tatry to kilkanaście godzin jazdy. Warto! Wrócimy tu jeszcze!