Tagi

, , , , , , , , , , , ,

1

fot. Michał Rowiński

Ela:
Moje kolejne ultra. 71 km.
Znów na spontanie, no, ale jeśli kilka kilometrów od mojego miejsca zamieszkania jest takie wydarzenie, to jak w nim nie wziąć udziału???
Poza tym koszulki z własnym imieniem wydały mi się super pomysłem i wielką zachętą, żeby tu wystartować.

 

blog6

fot. Michał Rowiński


Jarek:

Nie chcieliśmy tu startować. Po 80 km TriCity Trail naszym następnym celem był Bieg 7 Dolin w Krynicy. Zależało nam na tym, aby się odpowiednio zregenerować. Jednak im bliżej było do biegu, to tak jakoś coraz bardziej mieliśmy na niego ochotę. Pierwszy raz na Mazurach, trasa bardziej płaska niż w górach, całkiem niedaleko od naszego miejsca zamieszkania, więc tak naprawdę grzechem byłoby nie wystartować. Wiem, że to nierozsądne w przeciągu 2 miesięcy wystartować w 3 biegach, ale… czy ultrasi w ogóle są rozsądni?

Od początku widać było, że organizatorzy bardzo się starają. Świetna atmosfera oraz super żarełko na pasta party utrzymywało nas w wyśmienitych humorach. Poza tym świetnie można było pogadać z innymi uczestnikami biegu. Noc jednak spędzona w namiotowej hali była niestety słabo przespana, ale samego startu już nie mogłem się doczekać.

blog21 blog22 blog23

blog3

fot. Michał Rowiński

Ela:
Deszczowy, chłodny start o 6 rano,  długie podbiegi, bruk i piach. Jednak nie przeszkodziło mi to zdobyć przewagę nad innymi zawodniczkami, i od początku biegłam jako druga kobieta.
Zwykle na takich biegach obawiam się, żeby nie pogubić trasy. Chociaż była bardzo dobrze oznaczona, a o newralgicznych punktach dowiedzieliśmy się na odprawie wieczorem, kilka razy zmyliłam trasę. Oznaczenia (taśmy) w niektórych miejscach były pozrywane.
Jednak od czego jest zegarek z wgranym śladem trasy. Dzięki uprzejmości sklepu biegowego w Olsztynie mogłam testować na tym biegu zegarek Suunto Ambit3 Verticale. Na wyświetlaczu pokazywał mi nie tylko tempa (średnie, aktualne), czas, ale również trasa biegu (wcześniej wgrany track).

Jarek:

dcs6372

fot. Michał Rowiński


Od początku biegnę z kolegą Grześkiem, którego poznałem na TriCity Trail. Przed startem  trenowałem tempo zmienne i zakładałem, że właśnie tak będę postępował podczas tych zawodów. Modyfikuję trochę tę opcję, bo teren jest nierówny i pagórkowaty i nie da się trzymać tych założeń równo co kilometr. Tak więc na zbiegach grzejemy ostro, wyprzedzając innych zawodników, a na podbiegach juz od 5 kilometra zaczynamy iść. Jest genialnie. Ela wyrwała do przodu, bo od początku miała trzymać mocne tempo, żeby od razu zrobić przewagę nad trzecią kobietą. Bo pierwsze miejsce było już zaklepane ;-). Na pierwszym punkcie odżywczym nawet się nie zatrzymujemy. Po prostu nie ma tam nic dla nas , a napoje jeszcze mamy w bukłakach. Ok. 15 km stwierdzamy, że jest super. Niedługo potem jakieś 200-300 m przed nami zauważamy Elę. Biegnie spokojnie czasami idzie. Zaczynam się niepokoić dlaczego tak wolno biegnie, może coś się stało.

blog4

fot. Michał Rowiński

blog2

fot. Michał Rowiński

 Ela:
Po raz pierwszy wzięłam udział w biegu ultra po płaskim, crossowym  terenie. To spore wyzwanie, bo jednak płaska trasa wymusza od razu większą prędkość, więc od początku już biegłam szybciej niż na innych tego typu biegach np. w górach.
Teren malowniczy, jak to na Mazurach. Biegłam tuż przy tafli jeziora, po miękkim mchu, przez wysokie trawy i chaszcze jeżynowe ,widziałam mnóstwo grzybów po drodze,  skakałam przez zwalone pnie nieuczęszczanych szlaków. Organizatorzy zadbali o walory krajoznawcze.
Na punktach odżywczych było wesoło, smacznie i pożywnie. Najbardziej wyczekiwany przeze mnie to ten w Guzowym Piecu (49 km), gdzie arbuzy miały smak najlepszy na świecie! Z tego punktu wybiegało się do lasu, gdzie była wcześniej wycinka, rosły same trawy, było tam tak cicho, lekko zacinał deszcz. Tu biegłam zupełnie sama, obawiałam się tylko, żeby jakiś zwierz na mnie nie wyskoczył ;-). Gdy się przebiegało przez dzikie leśne ostępy, czuło się zapach zwierzyny. Na odprawie organizatorzy mówili o wilkach…

blog29

fot. Michał Rowiński

W pewnym momencie, kiedy z mała grupką pogubiliśmy trasę, dobiegł do mnie Jarek, który był w również w towarzystwie innych zawodników. Zdziwiłam się i ucieszyłam zarazem widząc go. Mówił, że już widzieli mnie od kilku kilometrów. Potem biegliśmy przez kilkanaście kilometrów razem.

Jarek:
Okazało się, że Ela po prostu spokojnie kontroluje tempo. Nie zamierzała tracić dużo sił na zbyt szybki bieg, bo przecież jeszcze sporo zostało do mety. Przed 25 km trochę mnie wyprzedziła, jednak na punkcie żywieniowym nie uzupełniłem bukłaka, bo miałem jeszcze sporo napoju i to ja wysforowałem się do przodu. Później na jakimś podejściu mnie znów doszła.

blog30

fot. Michał Rowiński

Ela:
Jarek potrafił mnie nieźle zmotywować, gdy nagle stanęłam, mówiąc, że mnie nogi bolą. Powiedział, że te dziewczyny, które wolniej ode mnie zaczęły na pewno mają więcej siły i zaraz któraś mnie prześcignie. Podziałało to tak, że już się nie zatrzymywałam, nogi jakoś przestały boleć i mogłam biec dalej. Myśl o tym, iż mogłabym stanąć na podium obok Dominiki dodała mi skrzydeł 🙂

1

fot. Michał Rowiński

Bieg ultra jest takim biegiem, gdzie mimo, iż jest wielu uczestników, przez większość czasu biegnie się samemu. To jest walka z własnymi myślami, z głową, z ciałem. Rozmowa ze sobą. Lubię te momenty. Jednak są o tyle niebezpieczne, że można sobie zbyt poluzować i potem ciężko wejść na odpowiednie tempo.

Jarek:
W pewnym momencie chyba ok. 30 km miałem kryzys. Musiałem nieco zwolnić, a Grzesiek wysforował się do przodu, tak jak i Ela. Jakiś czas potem, zacząłem rozpoznawać nasze tereny treningowe, zwłaszcza jedno ,,siodełkowe” miejsce, czyli zbieg i podbieg. Kilometr dalej znajdował się punkt odżywczy w miejscowości Mycyny. Tu tez często biegamy. Mamy stąd ok. 8 kilometrów do domu. Gdy zbliżałem się do tego miejsca, pozując fotografom, zobaczyłem Elę i Grześka na punkcie.

blog5

fot. Michał Rowiński

Ela:
Od Mycyn biegłam za zawodnikiem Tomkiem, którego tempo było podobne do mojego. Cały czas mieliśmy między sobą tę samą odległość. Poruszanie się za nim pozwalało mi na ten komfort, że nie musiałam pilnie szukać tasiemek z oznaczeniem trasy. Jego tempo pozwalało mi na spokojny, rytmiczny bieg.

 

blog31

fot. Michał Rowiński

Jarek:
Teraz już biegliśmy razem z Grześkiem. Ela była jakieś 200 metrów przed nami. W pewnym momencie zniknęła nam z oczu. Pobiegliśmy prosto i na 42 kilometrze zaczął się dramat tzn. nigdzie nie widzieliśmy oznaczeń trasy. Zatrzymał nas inny zawodnik, który biegł za nami. Odpaliłem mapę trasy i tak zaczęliśmy błądzić po lesie próbując wejść na trasę. Przedzieraliśmy się przez krzaki, w końcu postanowiliśmy zawrócić. Okazało się, że nikt nie zerwał taśmy, jak na początku myśleliśmy. Po prostu nie zauważyliśmy skrętu w boczną trawiastą drogę i oznaczeń. Potem sobie policzyłem, że nadrobiliśmy 3 kilometry, a co gorsza klucząc po lesie straciliśmy 29 minut! Niech to szlag!!!
Na kolejnym punkcie żywieniowym, znów szybko uzupełniam zapasy i wyrywam przed siebie. Do tej pory Grzesiek mnie doganiał albo ja jego, ale tym razem niestety już do końca biegnę sam. Trochę dłużej został na punkcie niestety. Co chwila patrzę za siebie, czasami wydaje mi się, że już go widzę, ale to ktoś w podobnym ubraniu.
Jem białko oraz tłuszcze w postaci sera żółtego, a także banany i cytrusy. Dużo piję, przyjmuję tez żele i nagle po 50 kilometrze, czuję tą moc. Taką siłę, która utwierdza w przekonaniu, że wykonałeś solidny trening, że jesteś bardzo dobrze przygotowany do biegu. Nagle zdaję sobie sprawę, że chyba już zasługuję na miano ultrasa, że naprawdę wiem o co w tym chodzi. Genialne uczucie. Pędzę i po drodze mijam kilku biegaczy.

blog33

fot. Michał Rowiński

Ela:

Na 55 kilometrze zrównałam się z zawodnikiem, za którym już jakiś czas biegłam i teraz już razem do końca przemierzamy trasę.

blog7

fot. Michał Rowiński

Ostatnie kilometry. Chciałam mieć to już  za sobą. A tu nagle wyłaniają się górki rodem z Bieszczadów. Duży zbieg ,sporo podbiegów. Słychać już w oddali metę. Biegnę tuż przy tafli jeziora. Dróżka jest śliska i nierówna. I jeszcze sporo zakrętów. Okazuje się, że trasa ma 71 km a nie 70!, Cóż, lecimy, byle do mety. Kiedy wbiegliśmy już na teren Hotelu Anders, aplauz kibiców dodawał sił, poza tym, wielki zbieg przed metą dał przyspieszenie na koniec.

Zrobiłam to! Jestem drugą kobietą na tym biegu 🙂

blog10

fot. Michał Rowiński

1

fot. Michał Rowiński

blog27

fot. Michał Rowiński

blog26

Jarek:
Pędzę tak do 60 km i nagle już zaczynam odczuwać trudy. Tempo siada, a mięśnie czworogłowe bolą. Tak samo pachwiny, z którymi już od jakiegoś czasu mam problemy. Liczę każdy kilometr. Czasami nawet na podejściu biegnę, byle jak najszybciej do celu. Marzę, żeby wskoczyć do jeziora. Kiedy się do niego zbliżam, przypominam sobie jak Piotrek – organizator biegu powiedział, że nie zdyskwalifikuje żadnego biegacza, który skróci sobie drogę płynąc wpław. Mam wielką ochotę tak zrobić, ale nie orientuję się gdzie jest plaża hotelu i daję sobie spokój. Może za rok…

blog14

fot. Michał Rowiński

Kiedy wpadam na teren ośrodka jestem szczęśliwy. Już tylko agresywny zbieg, kibice już wiwatują, po drodze daję całusa Eli, która na mnie czeka i lotem koszącym wpadam na metę. Nie czuję wielkiego zmęczenia. Jestem zadowolony z biegu i z formy. Gdyby nie pomyłka na trasie, to pewnie przybiegłbym razem z Elą. Jest super!

blog333

fot. Michał Rowiński

Cały bieg i organizację oceniamy bardzo dobrze. Zadbano o to, by biegacze mieli darmowy nocleg, oczywiście na wspólnej hali namiotowej. Postulowalibyśmy, żeby wolontariusze spędzali noc w innym miejscu niż biegacze, gdyż oni są na innym poziomie postrzegania rzeczywistości 🙂 Ci, którzy z nami nocowali wiedzą, co mamy na myśli.
Chociaż niektórzy zawodnicy też nie za bardzo nadają się do wspólnego nocowania, bo spanie obok kogoś kto jest zawinięty w folię NRC i co chwila się przewraca z boku na bok, to jest tak, jakby tuż przy nas rozgrywano manewry wojskowe  z wystrzałami i wybuchami. Co chwila się budzisz, bo szelest tej foli jest niesamowicie  głośny. Ale cóż, niektórzy myślą tylko o sobie.
Pasta party czyli kolacja była niesamowita, bo dostaliśmy produkty energetyczne czyli makarony, ale też było białko, tłuszcze, warzywa i napoje. Po prostu full wypas 😉
Sama trasa bardzo dobrze oznaczona, a jak jakieś taśmy w pewnych miejscach znikały to organizatorzy powiadomieni o tym zadbali za chwile o to, by takie miejsca oznaczyć. Punkty odżywcze bardzo dobrze zaopatrzone, chociaż wg nas na 25 km mogło być pożywienie energetyczne, a na 39 km bułki z serem. A było akurat odwrotnie. Arbuzy i pomarańcze smakowały nieziemsko 😉
Wolontariusze uśmiechnięci, życzliwi i na wysokim poziomie. Wielkie podziękowania dla Nich od nas 🙂
Po biegu czekało na nas piwko oraz jedzenie przygotowane przez szefa kuchni hotelu Anders. Żarcie to znowu wypas. Organizatorzy zapewnili finiszerom opiekę fizjoterapeutów, którzy pomagali ich obolałym mięśniom.
Po kolacji można było skorzystać ze  SPA. My pluskaliśmy się dowoli, zmieniając tylko miejsce – raz  ciepłe jacuzzi, raz chłodny basen. Dla naszych mięśni było to zbawienne.
Potem, jeśli ktoś miał ochotę, mógł skorzystać z after party i bawić się w klubie do rana.

blog16

fot. Michał Rowiński

3

fot. Michał Rowiński

 

blog39    blog28 blog25 blog24

 

 

 

 

 

 

Ela:
Po raz pierwszy biegłam w spódniczce. Polecam każdej dziewczynie. I z pełną odpowiedzialnością stwierdzam: spódniczki są do biegania ultra! Po prostu świetne! Czułam się w niej swobodnie i komfortowo, szybko wyschła po deszczu.
Dziękuję polkasport.pl 🙂

Dziękuję sklepowi biegowemu w Olsztynie za udostępnienie na bieg zegarka Suunto Ambit 3 Verticale. Sprawdził się już po raz drugi. Bez problemu wytrzymał tyle godzin, pokierował mnie, gdy zgubiłam trasę. Cały czas mogłam monitorować swój bieg.

Bardzo komfortowo czułam się w bieliźnie sportowej Panachesport. To bardzo ważne, zwłaszcza na tak długim dystansie. Dziękuję Panachesport.

Podczas biegu moje nogi dobrze się czuły w skarpetach Compressport. Lubię je zabierać na ultrabiegi,  chronią łydki, zwłaszcza, gdy przemierzam trasy z chaszczami i wysoka trawą. Poza tym drobne kamienie i kleszcze nie mają łatwego dostępu do stopy.
Po biegu łydki nie były spięte i nie bolały.
Dziękuję Compressport 🙂

blog44